poniedziałek, 25 listopada 2024

Ja Panu (nie) przerywałem - Orszak Baranka

 W liturgii czytamy Apokalipsę św. Jana. Na dziś autor lekcjonarza przewidział Ap 14, 1-3. 4b-5. Jak łatwo zauważyć, tym razem brzytwą potraktowano fragment wersu 4. 

Co tak zgorszyło posoborowego mędrca od liturgii?

ap 14, 1 Potem ujrzałem:
A oto Baranek stojący na górze Syjon,
a z Nim sto czterdzieści cztery tysiące,
mające imię Jego i imię Jego Ojca wypisane na czołach.
I usłyszałem z nieba głos jakby głos mnogich wód
i jakby głos wielkiego gromu.
A głos, który usłyszałem, [brzmiał] jak gdyby harfiarze uderzali w swe harfy.
I śpiewają jakby pieśń nową przed tronem
i przed czterema Zwierzętami, i przed Starcami:
a nikt tej pieśni nie mógł się nauczyć
prócz stu czterdziestu czterech tysięcy -
wykupionych z ziemi.
To ci, którzy z kobietami się nie splamili:
bo są dziewicami;

ci, którzy Barankowi towarzyszą, dokądkolwiek idzie;
ci spośród ludzi zostali wykupieni
na pierwociny dla Boga i dla Baranka,
a w ustach ich kłamstwa nie znaleziono:
są nienaganni.

Dziewiczość, to ją wycięto.

Ojcowie Kościoła, szczególnie św.Ambroży i św. Hieronim, komentując tę perykopę, pisali, że za Barankiem - Panem Jezusem można iść na wiele sposobów. Można naśladować Go nauczającego o Królestwie, można podążać za Nim drogą Krzyża i na wiele innych sposobów. Jednak tylko jedna grupa idzie za Nim dokądkolwiek się uda - to ci, którzy naśladują Go w dziewiczości. Ich pieśni, specjalnej pieśni pochwalnej, nie może się nauczyć nikt inny. Dziewiczość dla dziewiczego Oblubieńca jest wyjątkowym skarbem Kościoła, którym według św. Ambrożego cieszyć się będą wszyscy zbawieni.

Lamentujemy w Kościele, że nie ma powołań do wyłącznej służby Bożej. A jednocześnie wstydzimy mówić się o oblubieńczej czystości.

niedziela, 3 marca 2024

Nabyci drogocenną Krwią

 III niedziela Wielkiego Postu, rok B
Wj 20, Ps 19, 1Kor 1, 22-25, J2, 13-25

Są takie fragmenty Ewangelii, po których poruszamy się jak po codziennej drodze do pracy - można jechać na pamięć. Słyszę pierwsze zdanie, a w głowie odtwarza się sklejka  z usłyszanych dotychczas homilii. I tylko czasem pojawia się nowe światło, nowy sens, który wytrąca ze starych kolein.

Wyrzucenie kupców ze świątyni jerozolimskiej. Wiadomo, bicz ze sznurków i jazda po straganach. Trzeba oczyścić serduszko ze wszystkiego, co nieboże. I tu wjeżdża Dekalog z pierwszego czytania. Znacie?

Zaskoczył mnie św. Augustyn w homilii o tej perykopie:
Kim są ci, co sprzedają woły? Szukajmy w figurze tajemnicy wydarzenia. To są ci, którzy swego szukają w Kościele, a nie tego, co jest Jezusa Chrystusa. Za towar przeznaczony do sprzedaży uważają wszystko ci ludzie, którzy nie chcą być odkupieni: nie chcą być nabyci, tylko sprzedawać. A jednak byłoby dla nich dobrze, aby zostali odkupieni Krwią Chrystusa, aby mogli dojść do pokoju z Chrystusem. 

Pan Jezus nie zrobił awantury w świątyni, żeby ulepszyć kult starego przymierza. On go symbolicznie likwiduje i zapowiada swoją Ofiarę. To jest ruch nieopisanie bardziej rewolucyjny niż przeniesienie straganów poza dziedziniec pogan i pozostanie przy swojskim handelku z Bogiem. Wyrzucenie kupców to krzyk: koniec z próbami transakcji wymiennych z Bogiem!

Oczyszczenie serca to coś więcej niż wywalenie z niego brudu grzechu. To przyjęcie, że nie mogę Bogu nic dać na ofiarę, że mogę tylko przyjąć odkupienie i jedyną Ofiarę Krzyża. A jeśli chcę coś ofiarować, to tylko przez zjednoczenie z Chrystusem oddającym się Ojcu.



poniedziałek, 4 grudnia 2023

Głupota na pokaz - poniedziałek I tygodnia Adwentu

(VOM)  Mt 25, 1- 12 

Z nich pięć było głupich, pięć mądrych. Otóż głupie zabrały swoje lampy, ale nie wzięły ze sobą oliwy. Mądre natomiast wzięły w naczyniach oliwę do swoich lamp.


1. Święty Augustyn w swojej homilii do tej perykopy zauważa, że jedynym, co owe panny różni, jest oliwa. 

Obie grupy były dziewicze - zachowały czystość wiary i powściągliwość w zmysłach, stosownie do swojego stanu życia. Cała dziesiątka oznacza Kościół, a więc nie tylko dziewice, ale także małżeństwa czy wdowy. 

Obie miały lampy, symbol dobrych uczynków - Niech tak świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i oddali chwałę Ojcu waszemu w niebie (Mt 5, 16). 

Ba, nawet obie zasnęły. U Augustyna to symbol śmierci. Myślę, że także wszelkich sytuacji egzystencjalnej "bezwładności", jak np. żałoba, okres trudnych przełomów w życiu, czas strapienia duchowego. Te wszystkie momenty, kiedy trzeba skorzystać z zasobów serca, sumienia i umysłu, które zgromadziliśmy wcześniej. 

Głupia piątka nie zebrała oliwy. Jakby ich dobre uczynki były bezowocne. Augustyn podpowiada, że oliwą jest bezinteresowna miłość, która nie szuka poklasku. Głupie dobre uczynki wykonywały na pokaz. Obrazowo mówiąc, rozchlapywały oliwę przed sobą i na swoich klakierów. Mądre kochały ze względu na Boga, z dala od ludzkiego wzroku. Wiem, na własnej skórze, jakie to trudne, zwłaszcza jeśli czyny po prostu są widoczne dla otoczenia. Sposobem, odtrutką na skłonności do autolansu jest strzeżenie w sobie świadomości, że oliwa pochodzi od Boga. Augustyn: Przecież oliwę ludzie wycisnąć potrafią, ale drzewa oliwnego stworzyć nie potrafią. "Oto mam oliwę" - ale czy ty ją stworzyłeś? Jest darem Bożym. Masz oliwę, noś ją ze sobą. Co to znaczy? Miej ją we wnętrzu i tam podobaj się Bogu.

2. Mieć oliwę - bo liczę się z tym, że Bóg jest wolną Osobą wobec mnie. Może postępować ze mną, jak się Mu, mojemu Panu, podoba. Może się  opóźniać z pocieszeniem, a ja mam mieć w sobie zapas miłości. Bo On nadejdzie.

sobota, 2 grudnia 2023

Pora na figi. I Niedziela Adwentu

 Mam ambitny plan, żeby w adwencie regularnie wrzucać na bloga parę myśli do Słowa Bożego. W niedziele będzie to Liturgia Słowa z Mszy w Klasycznym Rycie Rzymskim, w tygodniu KRR lub z Mszy Posoborowej. 


Rz 13, 11-14; Łk 21, 25-33


 

1. Noc się już posunęła, a przybliżył się dzień. oraz Gdy widzicie, że wypuszczają pąki, sami poznajecie, że już blisko jest lato.

Paweł i Łukasz piszą o jakiejś istotnej zmianie jakościowej: noc-dzień, zima-lato. Jeszcze jej nie ma, ale już można widzieć jej oddziaływanie. Chodzi być może, w warstwie historycznej Ewangelii, o oblężenie Jerozolimy i zburzenie Świątyni. Na pewno chodzi o Paruzję. Pan Jezus jeszcze nie powrócił w chwale, ale my już jesteśmy wychyleni ku Nadchodzącemu.

2. Moce niebios zostaną wstrząśnięte - wielkie znaki astronomiczne - więcej pisze o nich Mateusz. A może zachwianie (BPK - moce niebieskie zakołyszą się) tych, którym Chrystus powierzył sakramentalne moce niebieskie? Myślę o zdradzie Objawienia przez Bergoglia i wielu biskupów i kardynałów. 

3. Nie przeminie to pokolenie, aż wszystko się stanie - literalnie upadek Jerozolimy jak upadek świata Żydów - nie minęło pokolenie. Niezmienna jest też natura ludzka - zawsze znajdzie się część nieuznających Boga i reszta wierzących. Nie różnimy się w tym niczym istotnym od przeszłych pokoleń.

Święty Jan Chryzostom pisze: Pokoleniem nazywa Pismo nie tylko ludzi żyjących w tym samym czasie, ale również różne kategorie ludzi. (...) choć Jeruzalem zostanie zniszczone i większość Żydów utraci życie, żadna próba nie oddzieli od Niego pokolenia wierzących. 

 Orygenes- Pokolenie Kościoła przeminie kiedyś z tego świata, aby odziedziczyć świat przyszły. 

4. Ludzie mdleć będą ze strachu.(...)Nabierzcie ducha i podnieście głowy (...) Spójrzcie na figowiec. - dla części, a właściwie wszystkich nie będących w Kościele - Paruzja będzie traumatycznym dramatem(który będzie trwać piekielnie gorzej, niż się zacznie). Dzieci Kościoła mają nabrać ducha i podnieść głowy, wejść w nową rzeczywistość z odwagą i nadzieją. 

Więcej - Pan Jezus wspomina tu obraz figi. Zaskakujące - mała figa wśród gasnącego słońca i spadających gwiazd - a to na nią Pan Jezus poleca zwrócić uwagę. Figowiec, figi to w Biblii symbol m.in. oblubieńczej miłości - Pnp 2,13 Figowce już wyprowadzają swoje owoce, winnice kwitną, odurzają zapachem. Wstań, moja najdroższa ,przyjdź moja piękna, synogarlico moja. Ci, którzy zdołają podnieść głowy przed nadchodzącym Panem (do tego konieczne jest czyste sumienie) będą patrzeć na Jego przybycie w kontekście oblubieńczym. Im nawet pośród ogólnego chaosu, terroru i rozchwiania rzeczywistości, figa wypuści miłosne owoce.

 

niedziela, 21 maja 2023

Czy katolik może... - chorować na depresję

 Pytanie wydawałoby się banalne. Czy katolik może mieć astmę, reumatyzm, cukrzycę albo złapać grypę? Nigdy nie słyszałam, żeby z ambony padła krytyka chorych na raka. Za to chorym na depresję obrywa się dość regularnie.

Dzisiaj znowu trafiłam na kaznodzieję-bystrzaka, który z wysokości swojego księżowskiego autorytetu nauczał, że prawdziwie wierzący, ufający Bogu i żyjący sakramentami katolik NIE MOŻE mieć depresji. No, nie da się, nie wolno i nie godzi się. A jak już dotknęła cię ta choroba, to znak, że źle wierzysz, za mało się modlisz, nie ufasz Bogu. I masz problemy ludzi pierwszego świata - bo kaznodzieja akurat był misjonarzem, a jego podopieczni w glinianych chatkach depresji ponoć nie miewają. No.

Mordercze dla chorych i dla ich życia duchowego.

źródło: https://www.centrum-psych.pl/depresja-czym-jest-i-jak-sie-objawia/


Tak się składa, że od kilku lat choruję na depresję. Nie dlatego, że nie wierzę, nie modlę się albo poprzewracało mi się w głowie od dobrobytu. Depresja bywa komponentą wielu chorób ogólnoustrojowych i trzeba nauczyć się z nią żyć. Już wielokrotnie chciałam poruszyć ten temat na blogu, ale jednak rezygnowałam. Jednak dzisiejsza irytacja popchnęła mnie wreszcie do napisania paru słów - trochę świadectwa mojego życia z chorobą, trochę wskazówek, jak sobie pomóc i nie dać się zwariować niedouczonym kaznodziejom. 

1. Jak pisałam, depresja jest chorobą. Czynników wywołujących jest wiele - trauma, utrata bliskiej osoby, długotrwały stres, stan zapalny w organizmie, inna choroba. Zwłaszcza choroby autoimmunologiczne lubią iść w parze z depresją. Choroby się leczy. Znowu truizm. Nikt nie proponuje, żeby zamodlić cukrzycę różańcem - depresję owszem. Tymczasem nie ma sensu się męczyć. Istnieją bezpieczne i skuteczne leki antydepresyjne. Pacjent nie zamienia się po nich w zombie, nie jest "przymulony", nie ma wizji tęczowych jednorożców, może prowadzić samochód i zajmować się domem. Dodatkowo nieleczona depresja powoduje zmiany w mózgu, a tego przecież nie chcemy. Leczenie nie jest objawem braku wiary, symptomem nieufania Bogu i zerwania z Kościołem. Leczenie to sposób dbania o siebie (i swoich bliskich, bo depresja wpływa na funkcjonowanie całej rodziny), a więc jest realizacją przykazania miłości. I to farmakologiczne, i psychoterapia, o ile nie jest ideologiczną agitacją chorego.
Jeśli od minimum 2 tygodni masz trudności z zasypianiem, a potem wybudzasz się jeszcze nad ranem;  jeśli od minimum 2 tygodni "jutro"  już na pewno zabierzesz się do życia i działania - poszukaj pomocy. Tutaj znajdziesz prosty, przesiewowy test diagnostyczny. Tylko pamiętaj, żaden test z internetu nie zastąpi wizyty u psychiatry.

2. "Módl się więcej, Bóg cię uzdrowi". Oczywiście, Bóg może w ułamku sekundy uzdrowić z każdej choroby. Można modlić się o uzdrowienie z depresji. Problem w tym, że chory na depresję często nie ma siły ani napędu do czegokolwiek, w tym do modlitwy. Kiedy zebranie dwóch sensownych myśli jawi się jakby napisanie rozprawy habilitacyjnej bez dostępu do źródeł, komunikat "módl się więcej" może być zabójczy (i to dosłownie). Nie dość, że chory nie będzie w stanie go zrealizować, spowoduje on wzrost poczucia winy, które w depresji jest już głębokie jak Rów Mariański.
Co w związku z tym? Jeśli jesteś przyjacielem depresyjnego Hioba - sam módl się za niego więcej. Nie proponuj aktywności, które są poza jego zasięgiem. A przede wszystkim zadbaj o to, żeby podjął leczenie.
Jeśli sam chorujesz, zadbaj o modlitwę w takiej formie i wymiarze, jaka jest aktualnie możliwa. Mi pomagało ustalenie takiego planu ze spowiednikiem. To stawia tamę poczuciu winy, że może mogłam albo powinnam więcej lub lepiej. Pomocne jest też znalezienie swojej formy modlitwy, takiej, która nawet w najgłębszym dole pozwala być przy Bogu. Dla mnie to adoracja. Kiedyś, na początku depresji, przyszła mi myśl, że skoro mogę godzinami gapić się w ekran z głupimi serialami, to mogę "gapić się" w Pana w Najświętszym Sakramencie. Po prostu, w pustce, w smutku, być z Chrystusem. Także w domu, przed ikoną, jeśli nie mam możliwości wyjść do kościoła. Istotne, żeby modlitwy nie porzucić. 


3. Spowiedź w depresji. To trudny temat. W ciemnych okresach dryfowałam między dwiema skrajnościami. Albo wszystko we mnie było złe i grzeszne, bo poczucie winy przejmowało kontrolę. Albo byłam niewinna jako ta lilija, bo przecież jestem chora i to choroba jest za sterem, nie ja. Obie wersje są fałszywe.
Najlepiej, dla własnego dobra, mieć stałego spowiednika, który ma aktualną wiedzę psychologiczną. Nie po to, żeby konfesjonał zamienić w gabinet psychoterapii. Nie mieszajmy porządków. Wiedza przydaje się po to, żeby nas wyprowadzić z powyższych skrajności i nauczyć zadawać sumieniu pytania właściwe do stanu chorego. Na pewno najgorszą możliwą opcją jest nie mówienie o chorobie z równoczesnym oskarżaniem się za jej objawy. Wolno za to w konfesjonale powiedzieć: mam depresję, nie potrafię zrobić rachunku sumienia, proszę mi pomóc.
Jeśli nie masz spowiednika ani nie znasz żadnego księdza, który mógłby towarzyszyć ci w chorobie, popytaj wśród wierzących znajomych. Pytamy o dobrego dentystę, o fryzjera, mechanika samochodowego i wielu innych. A do spowiedzi idziemy z przypadku, jakby sfera życia duchowego nie była ważna.

4. Przyjmij Sakrament chorych. Serio. On jest dla... chorych, a depresja jest chorobą, potencjalnie śmiertelną. Bóg poprzez święte namaszczenie daje siły, żeby chorobę święcie i sensownie przeżyć. Nawet jeśli pozornie nic się nie zmieni, sakrament w sposób pewny niesie łaskę.
Jak? Zwykle "masowo" w kościołach udziela się sakramentu chorych raz w roku, 11 lutego, we wspomnienie Matki Bożej z Lourdes. Można popytać (także wujka Googla), czy gdzieś w okolicy nie ma takiej praktyki np. co miesiąc. Można poprosić księdza ustalonego w poprzednim punkcie. Można po Mszy podejść do zakrystii i poprosić. Można w tym celu zajrzeć do kancelarii parafialnej w godzinach jej urzędowania. O ile ksiądz nie ma empatii na poziomie ruskiego czołgu, nie odmówi. A jak odmówi? To jego problem, ustali sobie wcześniej czy później z Panem Bogiem, czy słusznie postąpił. Ty zadbaj o siebie.

5. Nie cierp jak zwierzę, czyli ofiaruj cierpienie w konkretnej intencji. Nawet jeśli w psychicznej ciemności wydaje ci się to bez sensu i bez wartości. Aktem wiary oddaj Bogu ból psychiczny i fizyczny, który ci towarzyszy, na Jego chwałę. Zjednocz się z cierpiącym Chrystusem. On wziął na Siebie każdą naszą ciemność, każdą przeżył. Beznadzieję i paraliż depresji też.

To kilka najważniejszych myśli i metod, które mi pomogły przeżyć z perspektywy wiary pierwszy okres choroby. Teraz mam się całkiem dobrze, choć kolorowe tabletki będą ze mną jeszcze długo. 

Wszystkich chorych chcę zapewnić, że każda ciemność kiedyś mija. Z depresją można wieść normalne i szczęśliwe (!!!) życie. W depresji można być blisko Boga, chociaż zbolała psychika miewa inne zdanie. Sakramenty dają nam prawdziwą, obiektywną jedność z Bogiem, choćby wszystko krzyczało, że jest inaczej. To prawda, która daje i dawała mi najwięcej sił.

Blogger daje opcję komentowania anonimowo - jeśli masz pytanie, postaram się odpowiedzieć na podstawie swoich doświadczeń.







poniedziałek, 15 maja 2023

Trudno być neofitą, czyli gdzie ukryto Skarb Kościoła

 Całe niebo zstępuje na ziemię, gdy święty ceremoniał się odprawia. Na słowa kapłana zstępuje na ołtarz sam Bóg. – tak zaczyna się film Ukryty Skarb Kościoła. Zgodzi się z tym każdy katolik. Niestety, dalsza część omawianego dokumentu nie będzie już tak bezsprzeczna. 

 Zanim przejdę do jego omawiania, zacznę od przedstawienia mojej perspektywy. We Mszy świętej uczestniczę niemal codziennie od mniej-więcej 10 roku życia. Mam głęboką świadomość, że to nie jest moja zasługa, a jedynie niepojęty dar niebios. Na Mszę w rycie klasycznym trafiłam na początku studiów, niemal 20 lat temu. Trafiłam na nią, to bardzo istotne dla zrozumienia mojej perspektywy, jako osoba młoda, ale ukształtowana przez częstą Eucharystię i Komunię, mająca ugruntowane doświadczenie Boga działającego przez sakramenty oraz świadomość, że zrozumienie Najświętszych Tajemnic nie opiera się na emocjach, a na wiernym w nich uczestniczeniu i łasce Bożej budującej na osobistym wysiłku duchowym i intelektualnym. Msza Trydencka, w której zaczęłam uczestniczyć była…Mszą, po prostu. Różniła się językiem (to nie stanowiło trudności, łacinę znam i mam na to świadectwo maturalne), ale nade wszystko językiem znaków i symboli. Poznawałam je stopniowo, ucząc się nowej dynamiki uczestnictwa. Jednak nigdy nie miałam poczucia, że oto odkryłam ukryte dotychczas przede mną Misterium.

Nie mam zamiaru polemizować z emocjami osób wypowiadających się w filmie, z ich zachwytem i poczuciem, że są w niebie. Przyznaję jednak, że część z nich zaskoczyła mnie. Już na początku Arkadiusz Robaczewski mówi: tak może pociągać tylko coś, co jest nadprzyrodzone. To posoborowa Msza nie jest?

Księża Klaja i Śniadoch opowiadają, że w VOM odnaleźli to, co pociągało ich we wschodnich rytach. Towarzyszy temu obraz pełnej przepychu liturgii bizantyjskiej. Tylko miejmy świadomość, że nie każda wschodnia Służba Boża tak wygląda, a nie każdy NOM przypomina harce łódzkich jezuitów. Jako widz już w tym momencie czuję się zmanipulowana. Bliska jest mi wschodnia czułość liturgiczna, ale przecież bliżej jej do posoborowej IV Modlitwy Eucharystycznej, wzorowanej na anaforze św. Bazylego, niż do Kanonu Rzymskiego. O co więc chodzi? O bogactwo szat liturgicznych i dym kadzideł? Serio? To co zrobimy z cichymi Mszami trydenckimi?

Właściwie wszyscy uczestnicy opowiadają o doświadczeniu nowości, która zachwyca. Nic dziwnego, tak działa nasza psychika, to co nowe, a przy tym estetycznie piękniejsze, zawsze będzie bardziej pociągające, niż to co znane. Każdy neofita w pierwszym okresie zanurza się w emocjonalnym zachwycie, raz po raz odkrywając jakiś nowy, fascynujący element. Naturalne jest też to, że emocje z czasem wygasają i pojawia się znużenie. Każda liturgia, niezależnie od formy, w pewnym momencie będzie wymagała od uczestnika przejścia ze stanu neofickiej fascynacji do dojrzałej pracy nad skupieniem, wysiłku duchowego nad dyspozycją i pracy intelektualnej nad jej zrozumieniem. Bez tego VOM pozostanie tak samo bezowocny, jak wcześniejszy NOM, może jedynie z większą ilością koronek i kadzideł.

Zaskakujące, jak osoby określające siebie za tradycjonalistów i konserwatystów, w narracji o Mszy Trydenckiej sięgają po ten sam zestaw argumentów, którym posiłkują się uczestnicy najbardziej podkręconych emocjonalnie Nowych Mszy. Byłem jak w niebie. Słyszałem bicie Serca Chrystusa. Pieśni porwały mnie do nieba. Serio? To ma być coś, co ma mnie przekonać do klasycznego rytu? Obawiam się, że obecni na sławetnej stadionowej profanacji Mszy bpa Rysia mówili dokładnie to samo.

Dodatkowo emocjonalne przeżycia osób wypowiadających się w dokumencie przedstawiane są niejako wzór i ideał przeżycia Mszy. To już duża manipulacja, wykraczająca daleko poza katolicką duchowość. Osoba dojrzała w wierze co najmniej równie często doświadcza posuchy duchowej jak czasu pocieszeń. Zdarzało mi się widzieć niebo na obu formach Mszy, tak samo jak walczyć ze zniechęceniem. To naturalny stan, który nie musi świadczyć o jakości uczestnictwa w liturgii. Oddane Bogu rozproszenia i oschłość nie mają mniejszej wartości niż pobożny haj podkręcony przez scholę gregoriańską albo worshipowy zespół. (Z całym szacunkiem do śpiewu gregoriańskiego, który jest śpiewem własnym Kościoła i który szczerze kocham).

Zgadzam się ze zdaniem ks. Kneblewskiego, że klasyczna Msza rzymska daje inną perspektywę, niż posoborowa. Oczywiste jest, co zauważył papież Benedykt XVI, że to co poprzednie pokolenia uznawały za święte, świętym pozostaje i wielkim także dla nas. Nie oznacza to jednak, że NOM nie ma aspektu świętości, a wręcz uniemożliwia zrozumienie istoty Ofiary Mszalnej. Zjawiskiem zupełnie przerażającym są zaś dla mnie wypowiedzi kapłanów, którzy mówią, że dopiero na VOM zreflektowali, że uczestniczą w świętym misterium.

Podobnie świeccy. Z kontekstu wynika, że przed trafieniem na starą Mszę ich poziom wiedzy liturgicznej i duchowej był zgoła marny. Po zetknięciu się z tradycyjną liturgią zaczynają dopiero poznawać swoją wiarę. Tylko czy to jest wina rytu czy osobistego zaniedbania? Wyobrażam sobie, że z wiedzą na poziomie I Komunii Msza może być nudna – Msza trydencka, po opadnięciu blichtru nowości, też.

Jedna z autorek filmu, pani Świeżyńska, opowiada o okresie w swoim życiu kiedy niczego nie czuła, wydawało jej się, że nie wierzy. Nie mam zamiaru być sędzią jej sumienia, opieram się tylko na tym, co ujęto w filmie i tym, jak rozumiem jej słowa. Jak już zaznaczyłam nic nie czuję nie jest żadną przesłanką do oceny wiary, na pewnym etapie rozwoju życia duchowego jest wręcz normalnym zjawiskiem. Autorka jednak w braku emocji widzi problem urastający wręcz do objawu utraty wiary – i zaraz podaje niezawodne remedium: Msza Trydencka. Co będzie jednak, kiedy oschłość spotka ją na Mszy w klasycznym rycie? Z całą serdecznością mam nadzieję, że do tego momentu jej świadomość prawideł życia duchowego wykroczy poza neofickie zachwyty.

Dalej- wypowiada się ks. Najmowicz z Bractwa Piusa X. Mówi o zetknięciu się z tradycyjną doktryną Kościoła. Znowu manipulacja. Dokument poświęcony jest formie Mszy, nie kwestiom doktrynalnym. Uczestniczyłam w Nowych Mszach gdzie homilia była w pełni ortodoksyjna oraz w VOM-ach, na których kazanie epatowało modernistycznym bełkotem.

W pełni zgadzam się z tym, że nowa liturgia została okrojona względem klasycznej. Wiele zmian, ze zmianą orientacji celebransa na czele, jest co najmniej dyskusyjna. Jednak czy to sprawia, że NOM traci sakramentalny wymiar, stanowi zagrożenie dla wiary i nie niesie łaski?

Fakt, że NOM nie wypełnia założeń Soboru Watykańskiego II jest oczywisty. Wiedza o tym, jak powstawały nowe Modlitwy Eucharystyczne nie jest wiedzą tajemną. Z faktów można wyciągnąć różne wnioski, także te skrajne, jak teza, że NOM jest niegodna albo wręcz nieważna. Nie wytrzymują one jednak konfrontacji z rzeczywistością .Posoborowa Msza wydaje świętych – żeby sięgnąć tylko do naszego Kościoła lokalnego, bł.Jerzy Popiełuszko odprawiał Mszę Pawła VI. Pozostaje też pytanie, czy Bóg pozwoliłby, żeby niemal cały Kościół przez kilkadziesiąt lat tkwił w błędzie co do serca naszej wiary i pozostawił zdecydowaną większość katolików odciętych od godnie sprawowanej Najświętszej Ofiary. Niektórzy bez zawahania powiedzą, że tak. Kapłani Bractwa Piusa X nauczają wręcz, że lepiej nie uczestniczyć w Mszy wcale, niż uczestniczyć w NOM. Pozwolę sobie tego nie skomentować, brak mi kulturalnych słów.

Autorzy wraz z ich gośćmi podnoszą znaną tezę, że NOM ma być Mszą akceptowalną dla protestantów. Nigdy jednak tradi-redaktorzy nie pokazali owego mitycznego protestanta przyjmującego katolicką Mszę z jej teologią liturgii, szczególnie doktryną transsubstancjacji. Z tego względu argument wciąż uznaję za sprawny chwyt erystyczny.

Ksiądz Stehlin z żarem niemal wykrzykuje: katolicki ryt przeistoczenia zamieniono na czysto protestancki ryt. O ile trzeba się zgodzić, że Offertorium zostało w Novusie zmasakrowane, to gdzie nastąpiła ta protestantyzacja konsekracji? Znowu czuję się manipulowana, tym razem poprzez postawienie obok siebie tezy błędnej i przesadzonej oraz truizmu.

Z Mszą, tą nową, można zrobić wszystko- mówi archiwalny fragment wypowiedzi ks. Kaczkowskiego. No, owszem, ze starą też. Problem w tym, że autorzy dokumentu bez cienia zażenowania poddają widza bezczelnej manipulacji. Jeśli VOM, to uroczysty, w pięknych szatach i bogatej warstwie muzycznej. Jeśli NOM, to na stadionie, ze zdziecinniałym celebransem tańczącym po prezbiterium etc. Jakby sprawowanie Mszy w sposób skandaliczny było immanentną cechą NOM, a Trydenty w cudowny sposób chroniły przed rzeźnią liturgiczną.

Trudno odnieść się do całego bloku poświęconego zamykaniu kościołów w czasie pandemii. Jaki to ma związek z rytem Mszy? Ponownie: znam parafie novusowe, które działały w tym czasie normalnie. Znam zlikwidowane stare Msze, a także środowisko tradycji, w którym duszpasterz wręcz histerycznie reagował na brak maseczki u wiernego. Co chcieli pokazać autorzy dokumentu? 

Jeszcze jeden smaczek - jako ilustrację Ecclesia Militans w filmie wykorzystano obraz ze spotkania Wojowników Maryi. Tak, zupełnie posoborowej wspólnoty. Fik. 

Kocham Mszę, kocham przychodzącego w niej Boga. Nieustannie napawa mnie zdziwieniem i drżeniem, że możemy brać udział w uobecnionej i ponowionej dla nas Ofierze Chrystusa Pana, że możemy się z Nim jednoczyć i żyć Jego życiem. Kocham Mszę w każdym katolickim rycie.

„Wybrakowany towar” - tak jeden z bohaterów dokumentu nazywa Mszę Pawła VI. Sapienti sat.

 

piątek, 14 kwietnia 2023

Bezsilność bez Słowa

 Jezus znowu ukazał się nad Jeziorem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: «Idę łowić ryby».  Odpowiedzieli mu: «Idziemy i my z tobą». Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie ułowili.
A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus.
A Jezus rzekł do nich: «Dzieci, macie coś do jedzenia?»
Odpowiedzieli Mu: «Nie».
On rzekł do nich: «Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie». Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.
Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: «To jest Pan!» Szymon Piotr, usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się wpław do jeziora. Pozostali uczniowie przypłynęli łódką, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu łokci.
A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli rozłożone ognisko, a na nim ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: «Przynieście jeszcze ryb, które teraz złowiliście». Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć nie rozerwała się. Rzekł do nich Jezus: «Chodźcie, posilcie się!» Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: «Kto Ty jesteś?», bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę.
To już trzeci raz Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał. (J 21, 1-14)




1.
Ileż mogły ważyć te 153 ryby, że siedmiu chłopa zaprawionych w rybactwie nie mogło ich wyciągnąć? Co oni tam łowili? Marliny w jeziorze? Dopóki Jan nie rozpoznał Chrystusa Pana, mimo wypełnionych sieci ich trud pozostaje daremny. Dopiero, kiedy Go poznali, Piotr sam (!) na Słowo Pana wyciąga sieć.
Oczywiście, ma to najpierw znaczenie eklezjalne. Sieć to Kościół, ludzie, którzy uwierzą, wyciągani przez Apostołów z Piotrem na czele z głębin demona, z grzechu. Jednak perykopa ma też znaczenie osobiste, jednostkowe. Nie wykorzystam żadnej łaski, żadnego obfitego połowu, jeśli nie będę wpatrzona i zasłuchania w Pana Jezusa. Mogę nawet zostać obdarowana przez Boga, ale sama tego nie uniosę, łaska może iść na zmarnowanie, jeśli najpierw nie zadbam, żeby codziennie rozpoznać Boga tuż przy mnie, a nawet we mnie przez Komunię. 

2. Piotr, ubierający się tuż przed skokiem w wodę. Piszą, że albo z szacunku, albo że z radości nie wiedział, co właściwie robi. A może inaczej... Może jak Adam - jeszcze w raju, ale już po grzechu - bezwiednie zakłada ubranie, żeby zakryć się przed Jezusem? Pokorne oznaki czci, bez świadomości siebie, mogą być tylko pobożną zasłoną przed Bogiem. Tak, żeby nie pokazać Mu się w prawdzie o sobie, o grzechu. A przecież przed Nim wszystko jest nagie i odsłonięte (por. Hbr 4,13)

poniedziałek, 27 lutego 2023

Wojna trwa

 Wojna odbija się w moich oczach na twarzach dzieci, które spotkałam. Piszę, żeby nie zapomnieć. Pielęgnować pamięć, tak jak pielęgnowali ją moi Dziadkowie. Żeby przekazać dalej, że najpierw człowieczeństwo i życie Chrztem, a potem historyczne spory. 




Wojna zapisana na twarzy małego chłopca, który uciekał wczesnym rankiem z Kijowa z Mamą i Babcią. Kiedy przyjechali po dwóch dobach pod mój dom był zbyt zmęczony i przestraszony, żeby wyjść z samochodu i przestać płakać. 

Odbita na buzi Noworodka, który w drugim tygodniu swojego maleńkiego życia wylądował z Mamą w piwnicy, a dookoła szalało piekło. Przyjechał wtulony w Mamę do Polski. To od niego i jego Mamy nauczyłam się, że wózek to kolaska, a miłość matki przedkłada dobro dzieciątka nad własną wygodę, zawsze. 

Chłopca i Dziewczynki, 10 i 11 lat. Z bombardowanego Charkowa uciekli z Mamą pociągiem, do którego cudem udało się wejść. Pamiętacie jeszcze obrazy niemożliwie zatłoczonych dworców? Oni stali godzinami w tym tłumie. Pamiętam ich skamieniałe ciała i przerażone oczy, kiedy na spacerze w lesie usłyszeli przelatujący samolot. Potem łapiąc pierwsze promienie wiosennego słońca na chorwackiej plaży znowu struchleli, bo przeleciał helikopter. 

Sześciolatki, która bardzo tęskni za Tatą. Z dumą mówi: Tato jest żołnierzem, broni nas przed Putinem. 

Pięciolatka, który schodząc na naszą bałtycką plażę pytał "A nie będą nas tu bombić?" - bo jest znad Morza Czarnego i morze kojarzy mu się z niebezpieczeństwem. 

Jego dzielnych Sióstr, które poszły do polskiej podstawówki, nauczyły się polskiego i nauczyły polskich rówieśników, że "jestem Ukrainką, ale mam imię". I tej starszej, która też codziennie walczy o normalność. 

Naszych dzielnych Nastolatków, którzy w nowej rzeczywistości znaleźli hobby, kumpli, nauczyli się naprawiać drobne usterki w samochodzie i wspierać swoją wspaniałą Mamę. 


Marzę, żeby każde z nich mogło wrócić do swojego domu. Normalnego, szczęśliwego.  Wolnego.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Toksyczna pamięć

 Kiedy piszę tę notkę, zegar powoli dobija do północy, za chwilę data zmieni się na 11 lipca, wbije kolejna rocznica Krwawej Niedzieli na Wołyniu. O moim związku z tym dniem pisałam rok temu, apelując o pamięć o pomordowanych. Dzisiaj okoliczności obchodu są już diametralnie inne, a pamięć stała się narzędziem gorszących ataków słownych. 

Od chwili inwazji putinowskiej Rosji na Ukrainę raz po raz pojawiają się głosy, że Ukraińcy mają natychmiast przeprosić za Wołyń. Bo pomagamy. Bo przyjęliśmy te 4 miliony uchodźców. Już natychmiast, mają przeprosić, najlepiej, gdyby prezydent Zeleński gołymi rękoma dokonał ekshumacji ofiar banderowców. A jeśli nie, to niech przynajmniej zmęczone matki straumatyzowanych bombardowaniami dzieci przybiorą wygląd lichy i ponury, stojąc w kolejce po naszą wielkoduszną, chrześcijańską pomoc. 

Widzisz na ulicy sąsiada zaatakowanego przez silniejszego od niego zbira. Zamiast pomóc, krzyczysz o zbrodniach jego dziadka. Absurdalne, prawda? Tego jednak część naszego społeczeństwa oczekuje od reszty w związku z uchodźcami z Ukrainy. Boli mnie niepomiernie, że zazwyczaj to konserwatyści, a nawet osoby związane z ideą Tradycji katolickiej. Zadziwiające, wśród największych krzykaczy znaleźć można też tych, którzy jeszcze rok temu ani nie pamiętali, ani nie uważali historii Wołynia za znaczącą dla Polaków.

Myślę, że dyskusja o Banderze, Szuchewyczu, Szeptyckim, UPA i zbrodniach jest konieczna. Nie da jej się jednak przeprowadzić w momencie, kiedy jej partner znajduje się w stanie wojny. Nie można o zadawnionej traumie rozmawiać, kiedy dzisiaj dzieje się trauma Mariupola, Siewierodoniecka, kiedy czytamy, że także w Charkowie ludzie umierają z głodu. Żadne społeczeństwo nie jest gotowe, żeby redefiniować status swoich bohaterów narodowych w środku wojny, kiedy tysiące mężczyzn giną w obronie swojej Ojczyzny. Domaganie się tego jest naiwne, a przy tym nieludzkie. 

Oczekiwanie przeprosin w zamian za pomoc, która jest naszym ludzkim i chrześcijańskim obowiązkiem, jest niegodne. Niosę pomoc dlatego, że jestem człowiekiem, że prawo natury złożone przez Stwórcę w moim sercu wzywa do wyciągnięcia ręki do uchodźców. Przyjęty Chrzest, jeśli ma być traktowany serio, zobowiązuje mnie do pomocy, bez względu na ewentualne benefity. 

Znaleźliśmy się w momencie historycznym. Nie mam wątpliwości, że kolejne pokolenia będą wspominać tę chwilę, kiedy Polacy otworzyli Ukraińcom swoją granicę i domy. Jedna z kobiet, którą gościliśmy na początku wojny, wyznała, że jechała do Polski z ogromnym lękiem, bo jak to tak, żeby obcy ludzie ją przyjęli. Nigdy nie wyobrażała sobie, że Rosjanie mogą ją napaść, a Polacy przygarnąć.

 Mogliśmy. Uważam to za łaskę Najwyższego, który umożliwia przekraczanie granic wyrosłych w sercach. Sądzę, że pojednanie, jakie rodzi się między naszymi narodami, zaczyna się nie od wielkich politycznych deklaracji i przepracowania pamięci zbrodni, ale od najprostszego, ludzkiego poziomu wzajemnego poznania się na nowo. Dodatkowo należy pamiętać, że dla części Ukraińców historia Wołynia jest zupełnie zapoznana lub wręcz nigdy nieznana. Dla przybyszów z Odessy, Mikołajewa czy Charkowa ona nigdy nie stała się ich historią - często dowiadują się o niej ze zdziwieniem w Polsce. 

Mamy niepowtarzalną okazję, żeby o wspólnej historii rozmawiać przy wspólnym stole. Drobne, codzienne wydarzenia, jak zjedzony razem barszcz "jak u babci" (mojej i gości) staje się w moim domu przyczynkiem do opowieści o tym, że dziadkowie mieszkali kiedyś w "Tarnopolskiej Oblaści" i dlaczego już tam nie mieszkają. 

Czy i kiedy przyniesie to skutek w postaci ogólnonarodowej refleksji wśród Ukraińców? Nie wiem. Mam nadzieję, że życzliwa postawa nie pozostanie bez echa.

Zresztą, wiosną z radością przeczytałam, że w paru wołyńskich wsiach lokalne społeczności z własnej inicjatywy porządkowały polskie cmentarze, te z grobami ofiar Rzezi. To drobny gest, zlekceważony przez środowiska najgłośniej krzyczące w Polsce o Wołyniu. Dla mnie to jednak gest poruszający i profetyczny.

Święty Paweł w Liście do Rzymian napisał: Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście Bożej. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta, Ja wymierzę zapłatę - mówi Pan - ale: Jeżeli nieprzyjaciel Twój cierpi głód - nakarm go. Jeżeli pragnie - napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz nad jego głową. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12, 19-21)


sobota, 25 grudnia 2021

Christus natus est!

 


Z miłości Ojciec przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swojej woli,
Ku chwale majestatu swej łaski, którą nas obdarzył w Umiłowanym. (Ef 1, 5-6).
 
 
W te święte dni życzę zachwytu doświadczenia bycia wybranym dzieckiem w przychodzącym Dziecięciu. Przytulenia Go w Komunii i świętowaniu w Bożej Rodzinie.
A. 

niedziela, 26 września 2021

Zdrówka, bo zdrowie jest najważniejsze

 XXVI Niedziela Zwykła
Lb 11, 25-29 Ps 19 Jk 5, 16-5 J 17, 17ba Mk 9, 38-48

Nie wiem, ile razy przy różnych okazjach słyszałam "zdrowie jest najważniejsze". Często w formie życzeń, składanych z dobrymi intencjami. Problem w tym, że zdrowa nie jestem - wręcz przeciwnie, choruję przewlekle. Nieraz pytam, czy skoro zdrowie jest najważniejsze, to jestem już przegrana, skazana na smutek i frustrację. Mimo choroby jestem szczęśliwa.

Pan Jezus mówi: odetnij rękę, wyłup oko, nie daj sobie odebrać bliskości ze Mną. Czyli jednak nie o zdrowie w życiu idzie, tylko o wspólnotę z Bogiem Najwyższym, o ukrycie w Syny, który zdrowie oddał do cna na krzyżu.

I jeszcze to zdanie: Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. Zdanie, które stało się usprawiedliwieniem aliansów z heretykami, wspólnych modlitw, na których głosi się tezy sprzeczne z Objawieniem... modlitw, w czasie których uzdrowienie jest najważniejsze, ważniejsze od chwały Bożej. Jednak Pan Jezus wyraźnie zaznacza najpierw: Nikt, kto uczyni cud w imię moje, nie będzie mógł zaraz mówić źle o Mnie. Każda herezja jest mówieniem źle o Bogu, jest zakłamaniem prawdy o Nim. Jeśli ktoś głosi błędną naukę, nie jest z Nim, nie jest z nami, z Kościołem. W czyje imię więc czyni więc cuda?

W aklamacji śpiewamy: Słowo Twoje, Panie, jest prawdą, uświęć nas w prawdzie. Przyjęcie prawdy o Bogu, ukrycie w Nim każdego cierpienia i niepokoju - to jest prawdziwy cud uzdrowienia od nieznośności życia, którego szukam. Poznania tej prawdy chce dla nas Bóg - tak jak wyczuł to Mojżesz. W pierwszym czytaniu mówi: Oby tak cały lud Pana prorokował, oby Pan dał mu swego ducha".