niedziela, 11 lipca 2021

Zbrodnia niepamięci

     78 lat temu, 11 lipca 1943 roku, miała miejsce akcja uznana za kulminacyjny moment Rzezi Wołyńskiej. Przemilczane ludobójstwo na Polakach dopiero od kilku lat stopniowo przebija się do świadomości społecznej. Dla mnie od zawsze stanowi część rodzinnej historii, opowiadanej fragmentarycznie, ze straumatyzowanym lękiem, ale też dumą, poczuciem krzywdy i skomplikowaną mieszanką innych uczuć przynależnych ocaleńcom i tym, którzy brali udział w samoobronie przed bandami UPA i OUN-B.

    To, co dzisiaj nazywamy Krwawą Niedzielą (czy szerzej Rzezią Wołyńską) miało zdecydowanie szerszy zasięg terytorialny i czasowy. Incydenty mordów na Polakach przeprowadzanych przez Ukraińców zaczęły się już we wrześniu 1939 roku i trwały właściwie do końca wojny. Eksterminacja planowo zorganizowana, pod dowództwem ukraińskiej partyzantki istotnie najbardziej nasilona była w 1943 roku na Wołyniu, ale zaraz potem pomysł, żeby "oczyścić ziemie ukraińskie z Polaków" rozlał się na inne województwa: Tarnopolskie, Stanisławowskie, Lwowskie. Dzisiaj te zbrodnie giną w cieniu Wołynia.

    Niełatwo pisać mi o historii, którą znam bardziej z rodzinnych przekazów, niż opracowań naukowych. Te drugie niosą suche fakty, opowieści rodzinne niosą emocje i opisy niemożliwe do ujęcia w monografiach historyków. 

    Przedwojenne Kresy, okolice Tarnopola, skąd wywodzi się moja rodzina, stanowiły kocioł kultur i tradycji. Często o przynależności narodowej świadczyła po prostu przynależność do wspólnoty religijnej. Polak chodził do kościoła łacińskiego, Ukrainiec do cerkwi greckiej, Żyd, Ormianin, Rosjanin... itd. Żyli wspólnie, na jednym terenie, po sąsiedzku. Żenili się między sobą, Polak z Ukrainką, potem decydując, gdzie ochrzczą swoje dzieci. Zwyczajna rzeczywistość Kresów. Przenikały się zwyczaje, opowieści, kuchnia... Owszem, dyskutowano zaciekle na tematy polityczne, pojawiały się wątki nacjonalistyczne, czasem mocno antysemickie. Jednak społeczności żyły we względnym pokoju. Wielka polityka to jedno, a miłość do sąsiadki - Ukrainki, to bliska codzienność. Kwestia narodowości była nad wyraz płynna, o czym świadczą dobtnie losy braci Szeptyckich: Andrzeja, arcybiskupa grekokatolickiego, wspierającego UPA i Stanisława, generała polskiego wojska.

    Po wybuchu wojny i zajęciu Krasów przez III Rzeszę krajobraz społeczny zwalił się w gruzy. Początkiem stała się eksterminacja Żydów. Od 1942 roku zaczęła się likwidacja gett, w której Niemcy chętnie wyręczali się ukraińską policją pomocniczą. W dalszym ciągu wojny, wraz ze zbliżaniem się wojsk radzieckich, Ukraińcy dezerterowali z policji okupacyjnej, a wstępowali do UPA lub OUN.

    Od tego był już tylko krok do rezania Lachów. Grupy banderowców, przekonane o konieczności oczyszczenia ziem ukraińskich z ludności polskiej, wykorzystały sytuację, aby w czystki przeciw Żydom wciągnąć swoich sąsiadów. Strategia była bardzo prosta, wystarczyło samo podejrzenie o pomoc udzielaną Żydom przez Polaków (lub nawet prawych Ukraińców), aby z aprobatą okupanta wymordować całą rodzinę.
 

    To opowieść także moich przodków, dziadka po mieczu, który ze szwagrem ratował rodzinę żydowskich aptekarzy, ukrywając ich w swoim domu. Opowieść o tym, że bardziej niż żołnierzy Hitlera obawiano się Ukraińców, którzy mogli ten fakt wykorzystać. Opowieść także o działaniach samoobronnych, podejmowanych w świetle pożogi okolicznych wsi, palnych przez ludzi Szuchewycza. 

    Palone wsie, rodziny mordowane narzędziami gospodarskimi, rozprute brzuchy ciężarnych kobiet - dla mnie to nie obrazki z filmu Smarzowskiego (którego zresztą nie byłam na siłach obejrzeć). To losy mojej rodziny i ich sąsiadów. Babcia do dziś wspomina zmasakrowane ciała płynące w jej rodzinnej wsi rzeką Gniezną. Do dzisiaj drży też, słysząc język ukraiński.

Minęło prawie 80 lat. Po wojnie część mojej rodziny wyjechała na Ziemie Odzyskane, część została. Z rodziną z okolic Tarnopola mamy serdeczne relacje, choć oni mówią po ukraińsku, my po polsku. Kiedy jednak w drodze do domu kuzynki mijam pomnik Bandery, mam ochotę krzyczeć o zbrodni niepamięci, o zdradzie ofiar przez polskie władze i polski episkopat. Zbrodni fałszowania historii przez Ukraińców.

    Nie marzę o wojnie dyplomatycznej z Ukrainą, odcinaniu polskich dotacji i zmianie kursu politycznego wobec Ukrainy. Wciąż uparcie uważam, że dla polskiej racji stanu ważne jest istnienie mocnej, niezależnej, demokratycznej Ukrainy. Jednak niewyjaśniona kwestia ludobójstwa na Polakach, w szczególności brak pochówku ofiar oraz heroizacja Bandery, kładą się cieniem na wspólnocie naszych narodów. 

    Mówi się, że poruszanie kwestii wołyńskiej jest już niepotrzebne, anachroniczne, że może jedynie zaognić nasze stosunki. Co roku wspominamy jednak Powstanie Warszawskie. W całej Polsce wyją syreny dla uczczenia Godziny W. Dla mnie to tak samo odległa historia, jak dla Warszawiaka Krwawe Noce pod Trembowlą albo wołyńska Krwawa Niedziela. Jednak z szacunku dla ofiar i wspólnej historii narodu przystaję na ulicy na dźwięk syren i z wdzięcznością przyjmuję zaangażowanie przedstawicieli władz w uroczystości. My, rodziny Kresowiaków, jesteśmy z naszą historią marginalizowani, a wręcz uciszani. Prezydent ani przedstawiciele Rządu nie pojawiają się na uroczystościach wołyńskich, a gros Polaków nie ma pojęcia o rzezi.

    Mam żal także wobec episkopatu Polski i środowisk kościelnych. Trwa proces beatyfikacyjny abp Szeptyckiego, przy milczeniu naszych biskupów. Głośny sprzeciw wyraża publicznie jedynie ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski. To milczenie to policzek wobec ofiar UPA i OUN oraz ich rodzin.

    Dochodzi jeszcze porażająca ignorancja. W czasie dzisiejszej Mszy świętej usłyszałam wezwanie modlitwy powszechnej odczytane z tzw. segregatora liturgicznego, wyd. Hlondianum:
Za zmarłych, zwłaszcza zamordowanych na Ukrainie w okresie II Wojny Światowej, niech doznają wiecznego pokoju.
Przyznam, że wobec tak rudymentarnego braku wiedzy historycznej, cisnęły mi się na usta wyrażenia wybitnie knajackie.

    Milczeniem spowita jest kwestia rany zadanej Kościołowi. Grekokatoliccy Ukraińcy mordowali Rzymskokatolickich Polaków. To zbrodnia w ramach jednego Ciała, jednego Kościoła. Nigdy nie dokonano za nią wynagrodzenia Bogu, nigdy jej nie rozliczono.

 

    

Warto zapoznać się z inicjatywą https://wolynnapowazki.pl/ 

    

    

poniedziałek, 1 marca 2021

Więcej niż Abraham

 II Niedziela Wielkiego Postu, rok B
Rdz 22, Rz 8 31b-34 Mk 9, 2-10

Dość zaskakujący zestaw czytań przewiduje lekcjonarz na dziś. W Ewangelii, tradycyjnie w II Niedzielę Wielkiego Postu pojawia się opis Przemienienia Pańskiego. Jednak pierwsze i drugie czytanie nie mówią o chwale Chrystusa, lecz poruszają temat ofiary. Mamy Abrahama związującego syna na żertwę, a w Liście do Rzymian refleksję o ofierze Krzyża. 

Zaczęłam dziś jednak od Ewangelii. Benedykt XVI w Jezusie z Nazaretu pisze: (...) uwidacznia się to, co  dokonuje się w rozmowie Jezusa z Ojcem: dogłębne przenikanie Jego bycia z Bogiem, które staje się czystym światłem. W swojej jedności z Ojcem sam Jezus jest światłem ze światłości. To czym jest On  dogłębnie (...) staje się w tym momencie postrzegalne także zmysłami: bycie Jezusa w świetle Bożym, Jego własne bycie światłością jako Syna. 

Uczniowie zobaczyli bez zasłony, jak wygląda relacja Ojca i Syna, w jej świetlistym zachwycie. Widzieli Jezusa, skupionego na modlitwie, całego skierowanego ku Ojcu oraz Ojca ogłaszającego miłość wobec Syna, a to wszystko w cienistym Obłoku obecności Ducha Świętego. Jakby na chwilę zajrzeli do głębin Trójcy.

Myślę, że w Przemienieniu widać już Ofiarę Krzyża. Uczniowie patrzyli przecież na odwieczne oddawanie się sobie Ojca i Syna - na Taborze w blasku chwały - ale przecież to samo samo-oddanie się Jezusa miało miejsce w kaźni Golgoty. Przecież ukrzyżowanie Syna Bożego było niewyobrażalnie brutalnym i bluźnierczym wdarciem się człowieka w to misterium życia Trójcy Najświętszej! Jezus pozostał posłuszny i wierny Ojcu, nawet w sytuacji męki, ostatnim oddechem wyznawał Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego (Łk 23, 46). To samo wyznawał Ojcu odwiecznie, wyznał na Taborze, na Krzyżu i wyznaje dzisiaj.

Uczniowie zobaczyli więc, co znaczy być Synem zjednoczonym z Ojcem, umiłowanym przez Niego i oddającym się Mu w chwale. Jednak taki stan nie był osiągalny dla żadnego z nich. Tutaj wracam myślami do Abrahama, zatrzymanego w chwili zamachu na życie syna. Anioł nie dopuścił do jego ofiary - ona miała być tylko typem, zapowiedzią przyszłej Ofiary. Dotykam tu tylko jednego aspektu tej historii, ale on wybija mi się dzisiaj na pierwszy plan. Ofiara Izaaka nie mogła stać się ofiarą na miarę Boga - chociaż była największą możliwą do wyobrażenia dla Abrahama. Ani on, ani jego pierworodny nie mieli mocy, aby przez składaną ofiarę wejść w jedność z Bogiem. 

To mogła sprawić tylko Ofiara Syna Bożego, który jedności z Ojcem nigdy nie zerwał.

Nie mogę, nie mam ku temu środków ani dostatecznej władzy nad sobą, stać się miłosną Ofiarę dla Ojca, aby żyć w pełni dla Niego i ku Niemu. To jest możliwe tylko przez Chrzest, przez życie moim Chrztem, czyli w zjednoczeniu z Jezusem nieustannie oddającym się we mnie Ojcu.

czwartek, 25 lutego 2021

Ja Panu (nie) przerywałem. Skrucha Estery.

 Wspominałam już, jak drażni mnie maniera wycinania przez autora lekcjonarza z tekstów biblijnych pojedynczych zdań. W czwartkowym zestawie czytań znowu wykonano taki zabieg, tym razem pozbawiając tekst sensu.
W czytaniu znajdujemy fragment modlitwy królowej Estery, Est 4, k.l-m.r-u. 


Pierwszy z wyciętych fragmentów to część wersu k: Zdjęła swe szaty okazałe, przywdziała suknie smutku i żałoby i w miejsce wonnego pachnidła pokryła głowę swą popiołem i śmieciami, i ciało swoje poniżyła bardzo, a radosne ozdoby zastąpiła rozpuszczonymi włosami.
Opis, jak wynika z dalszego kontekstu ma głębokie znaczenie. Przede wszystkim już na początku wyraźnie wskazuje, że modlitwa Estery jest nie tyle modlitwą prośby, co posiada głęboki rys modlitwy skruchy i uniżenia. Jednak został on wykreślony z lekcjonarza bo... usunięto przede wszystkim część modlitwy, która skruchy stricte dotyczy.

Pominięto w dalszej części wersy n-q: A teraz zgrzeszyliśmy wobec Ciebie i wydałeś nas w ręce wrogów naszych za to, że czciliśmy ich bóstwa. Sprawiedliwy jesteś, Panie! A oni nie zadowolili się goryczą naszej niewoli i włożyli swoje ręce w ręce ich bożków, aby odmienić obietnice ust Twoich i aby zniszczyć Twoje dziedzictwo, zamknąć usta tych, którzy Cię wielbią, i zgasić sławę Twego domu i ołtarza Twego, a otworzyć usta pogan, by chwaliły przymioty bezwartościowych bałwanów i podziwiały nieustannie doczesnego króla. Nie oddawaj, Panie, berła Twego tym, którzy nie istnieją., i niech się nie naigrywają z naszego upadku, lecz zwróć postanowienie ich przeciwko nim; tego zaś, który zaczął z nami walkę, przykładnie ukarz.
Ten fragment jest kluczowy dla zrozumienia modlitwy Estery i całej historii opisanej w księdze. Lud Wybrany znalazł się w obliczu zagłady z powodu własnych grzechów, ze względu na odstępstwo od Boga Jedynego. To jest sprawiedliwa kara za bałwochwalstwo i królowa dobrze o tym wie. Nie jest, jak mogłoby to wynikać ze zmasakrowanego tekstu z lekcjonarza, że Bóg zapomniał o przymierzu, opuścił swój lud, a teraz Estera musi wołać o krok od śmierci: Wspomnij Panie! To oni zapomnieli.
Królowa modli się więc pokutując, w popiele i śmieciach we włosach. Wybawienie, o które prosi, jest zupełnie niezasłużone i nienależne.
Zwraca też uwagę, że Estera po przyznaniu grzechu Izraela kładzie nacisk nie tyle na jego ocalenie, a bardziej na ocalenie chwały Bożej. Zagłada, która zagraża jej ludowi, uderza bezpośrednio w Boga: stawia Go w pozycji tego, kto nie jest w stanie dotrzymać obietnic przymierza, a więc pozbawia chwały.
Los Ludu Wybranego jest ściśle złączony z chwałą Boga - i to z Jego inicjatywy - przymierzem, które On ofiarował. Przymierze pozostaje w mocy. Jednak jedna z jego stron przez swój grzech ściąga na siebie nieszczęście. Bóg zdaje się mieć dwa wyjścia: albo przymierze zerwie, albo Izraela uratuje. Jego bezczynność w oczach pogan byłaby dowodem niemocy. Estera widzi ten dramat: Boga jakby postawionego pod ścianą, co już samo w sobie jest zniewagą Jego majestatu. Mimo to prosi: zgrzeszyliśmy, spraw, aby nasz grzech nie odbierał Ci chwały - a tak będzie tylko, jeśli nas uratujesz. Tego nie da się wypowiedzieć inaczej, niż z pękającym sercem. Bez rozdzierającej skruchy takie słowa byłyby bezczelną obłudą.

O ile bliższe jest nasze przymierze z Trójcą Najświętszą w Chrzcie... Jak bardzo uderzamy w Jego chwałę, kiedy grzechem niszczymy sami siebie.

W Ewangelii na dziś (Mt, 7-12) Jezus mówi: Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą.
Choć źli jesteśmy... Kiedy chcę o coś prosić, najpierw chcę pamiętać o skrusze serca.

niedziela, 21 lutego 2021

Świat pozornie skurczony

 I Niedziela Wielkiego Postu, Rdz 9, 8-15; 1P 3, 18-22; Mk 1, 12-15

Najpierw Noe, tuż po wyjściu z arki. Wcześniej przez 40 dni i nocy trwała ulewa, potem przez kolejne 150 dni panowała powódź. Jego świat skurczył się do małej łodzi, unoszącej się jak łupinka na bezmiarze wód. Cały świat zamknięty w granicach arki, a w niej Noe ze zwierzętami. A przecież uratowany, to on wyszedł na bezkresy, nad którymi zawisła tęcza przymierza. Ci, którzy nie skorzystali z chwilowego zamknięcia, zostali pożarci przez bezkres potopu.

Potem Chrystus Pan, wyrzucony przez Ducha Świętego na 40 dni i nocy na pustynię. Jemu też świat skurczył się do małego zakątka zajmowanego na Pustyni Judzkiej. Więcej nawet - jak bardzo skurczył Mu się świat, kiedy Stwórca galaktyk przyjął ludzkie ciało! Bóg samoograniczony, w ludzkim ciele, siedzi na pustkowiu z dzikimi zwierzętami, poddany ludzkim pokusom. Nie został tam jednak, Jego życie nie ograniczyło się do pustyni. Kiedy z niej odchodzi, zaczyna ogłaszać bezkres Królestwa Bożego.

To wszystko prowadzi do refleksji o Chrzcie, snutej przez św. Piotra. Apostoł pokazuje Zmartwychwstałego, którego już nic nie ogranicza. To On wypuszcza tych, którzy tkwili w więzieniu Otchłani. On daje też Chrzest, który pozornie wyprowadza na pustynię. Wielu skarży się, że z powodu Chrztu ich świat kurczy się, ograniczony normami moralnymi i nakazami płynącymi z wiary. Jakby niósł on w sobie zamknięcie w arce, która nie ocala, ale ogałaca z możliwości. Piotr pisze jednak: arka, w której nieliczni, to jest osiem osób, uniesieni zostali bezpiecznie dzięki wodzie (1P 3, 20b). Kościół jest tą Arką, która wynosi ku górze, prowadzi do niczym nieograniczonego horyzontu Królestwa Niebios. Nie przez heroiczne trzymanie się zasad, jak trwanie na poletku ogrodzonym elektrycznym pastuchem. Z listu wynika, że Chrzest jest prośbą wzniesioną do Boga o czyste sumienie dzięki zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa (1P 3, 21 BPK)

 Czyste sumienie posiada zdolność widzenia, że grzech jest więzieniem, a trwanie w łasce daje wolność - aż po wyniesienie do ramion Ojca. Czyste sumienie, jako dar otrzymany na Chrzcie, wie, kiedy i na jakie ograniczenie się zgodzić, aby doświadczyć wyniesienia, podczas gdy świat pogrąża się w potopie. To nie z trudem wypracowana sprawność moralna, a uległość Duchowi Świętemu, który najlepiej wie, kiedy wypędzić na pustynię, a kiedy posłać w świat.

To nie ekstraordynaryjna oferta dla nielicznych wybrańców losu. To pakiet, który każdy otrzymuje na Chrzcie Świętym. Tak chciałabym przeżyć ten rozpoczynający się post - na nowo zachwycając się tym sakramentem, czego życzę Czytelnikowi.

czwartek, 4 lutego 2021

Krew świętej Agaty

 ...chroni przed herezją dogmaty.*

Dzisiaj obchodzimy jej wspomnienie. Młoda dziewczyna, rzymianka z III wieku. Wpadła w oko namiestnikowi Sycylii oraz Bogu Najwyższemu. Jednak to temu Drugiemu obiecała duszę i ciało. W szale zazdrości  niedoszły kochanek wykorzystał obowiązujący dekret Decjusza o prześladowaniu chrześcijan. Najpierw skierowana do lupanaru (zabicie dziewicy dla zabobonnych Rzymian oznaczało gniew bogów i nieszczęście), następnie torturowana i rzucona na żarzące się węgle. Z domu publicznego usunęła ją szefowa przybytku, nie mogła przezwyciężyć jej cnoty. Tortury, w tym obcięcie piersi nie złamały jej męstwa, jedynie upodobniły do Oblubieńca, który wysłał św. Piotra, aby ją uzdrowić. Wtedy oskarżono ją o czary (co za podobieństwo do Chrystusa oskarżonego o bezbożność!), i skazano na śmierć. Żar węgli dopełnił ofiary jej żarliwego serca.  


Piszę o niej nie tylko z powodu przypadającego 5 lutego wspomnienia. Parę dni temu Bergoglio wydał motu proprio zmieniające prawo kanoniczne, wprowadzając możliwość udzielenia posługi lektoratu i akolitatu kobietom. Uzasadnił to pilną potrzebą ponownego odkrycia współodpowiedzialności wszystkich ochrzczonych w Kościele, a w szczególności misji świeckich.
Przez wieki lektorat i akolitat należały do tzw. święceń niższych. Mimo braku sakramentalnego charakteru, wskazywały one na wypływający z sakramentu święceń charyzmat, dążący do wypełnienia w sakramencie. Posługa ta, ściśle powiązana ze współpracą z wyświeconymi szafarzami sakramentów, pomocnicza wobec ich działania, zastrzeżona była dla mężczyzn.
Dzisiaj Bergoglio sugeruje, że kobiety powinny odkryć swoja współodpowiedzialność za Kościół i misję przez podejmowanie zadań mężczyzn. Dla mnie jest to policzek wymierzony we mnie jako kobietę w Kościele. Godność kobiet, moja godność, nie jest zależna w dopuszczeniu ich do funkcji zastrzeżonych dla mężczyzn. Nie jesteśmy w żaden sposób gorsze, przez to, że mamy inną rolę, zadania i charyzmaty. Serdecznie dziękuję za feminizm objawiający się nachalnym zrównywaniem kobiety z mężczyzną.
Imię św. Agaty przez wieki szeptane było w Kanonie mszalnym. Wraz z innymi świętymi kobietami Agata wymieniana była (i czasem wciąż jest) jako filar Kościoła, aby w triumfalnym pochodzie zbawionych prowadzić nas do głębi Eucharystii i do nieba. Na jej krwi wyrósł Kościół sycylijski i powszechny. Jej podwójne zwycięstwo dziewictwa i męczeństwa wciąż jest dla nas życiodajne. Czy więc nie była za Kościół współodpowiedzialna?
Co z całą plejadą świętych kobiet, które przecież nie otrzymały posług lektoratu i akolitatu? Czy św. Jadwiga Andegaweńska, Matka Chrztu Litwy, wrażliwa Opiekunka pokrzywdzonych, Królowa dbająca o liturgię na Wawelu, była ograniczona przez ten rzekomy brak? Czy czegoś brakowało św. Hildegardzie albo św. Teresie Wielkiej, doktorom Kościoła? Czy św. Urszula Ledóchowska, dbając o wzrost wiary dzieci i emigrantów pozbawiona była misji Kościoła? A może Edith Stein, jeszcze jako świecka, zanim stała się siostrą Teresą Benedyktą od Krzyża i świętą męczennicą Auschwitz, pisząc o katolickim feminizmie i kształtując postawy otaczających ją młodych kobiet, była przez Kościół skrzywdzona brakiem niższych święceń?

Podnosi się raz po raz argument ze starożytnych diakonis, jakoby święcenia diakonatu w pierwotnym Kościele były udzielane również kobietom. Źródła, które znamy, które Tradycja Kościoła przechowała w pamięci, mówią o ich jedynie pomocniczej, niesakramentalnej funkcji. Popełnianie błędu logicznego poprzez zrównywanie ich z sakramentalnymi diakonami jest nużące i irytujące. Co więcej, Tradycja Kościoła, ta będąca częścią Objawienia, sakrament święceń rezerwuje dla mężczyzn. Doszukiwanie się innych praktyk w starożytności, w oderwaniu od Tradycji, to potępiona przez papieża Piusa XII w encyklice Mediator Dei herezja archeologizmu. Chociaż może samo wspominanie Piusa XII to po Vaticanum II to myślozbrodnia...

Kościół jest mi Matką. W Kościele, od Niepokalanej Maryi, Dziewicy i Matki, uczę się duchowego macierzyństwa i rodzenia w sobie Jezusa Chrystusa by nieść Go światu. Takie jest moje powołanie i kobiecy charyzmat. Nie potrzebuję do tego przebierać się za mężczyznę i wchodzić w jego zadania.


*odnoszę się do ludowego przysłowia Chleb świętej Agaty chroni od ognia chaty oraz Tertulianowego sanguis martyrum semen christianorum

czwartek, 21 stycznia 2021

Pogotowie żeglarskie

 Dzisiaj w Ewangelii Kościół daje nam fragment z Marka 3, 7-12. Należy on do jednych z tzw. summariów, tekstów, które w narracji mają zapewniać jej ciąg, opisując zbiorczo szereg wydarzeń z działalności Chrystusa. Łatwo przemknąć przez taki urywek nie skupiając na nim uwagi. 

Ten dzisiejszy ma jednak coś, co od dawna moją uwagę przykuwa. Łódeczkę.

W trzecim rozdziale Markowej Ewangelii atmosfera wokół Pana Jezusa robi się gęsta, i to dosłownie. Najpierw mamy uzdrowienie w szabat, na co faryzeusze i herodianie reagują sojuszem w celu zgładzenia Chrystusa. Wobec tego On oddala się nad Jezioro Genezaret. Marek pisze anachoresen - to nie tyle oddalił się, co wycofał, usunął z cień. Można skojarzyć z pustelniczą anachorezą. Wbrew temu ciągnie za Nim tłum ludzi, właściwie z całego regionu, z terenów od dzisiejszego Zachodniego Brzegu aż po Liban.

Tłum, jak tłum - wie swoje. Poszła fama, że Jezus uzdrawia. W tłumie rośnie poczucie anonimowości, a przy tym rywalizacji o zdobycie upragnionego celu. W efekcie ludzie zaczęli się cisnąć, a wręcz rzucać na Niego, aby tylko Go dotknąć. Wyobrażam sobie tę scenę. Jezusa, który uzdrawia wszystkich, który wypędza złe duchy i przywraca pokój. A jednocześnie który pozostaje niezauważany jako Osoba. Liczy się efekt, zdrowie, uwolnienie, powodzenie. On, Najwyższy, staje się tylko środkiem.

Z tekstu przebija jakaś ogromna samotność Zbawiciela, ukryta w prośbie do uczniów, aby łódeczka dla Niego była stale w pogotowiu. Nawet nie łódź, nic wielkiego; Marek notuje: ploiarion, łódeczka właśnie.


Po co? Dla odpoczynku przed szarpiącymi go w geście wołania o pomoc dłońmi? Żeby mógł się w spokoju pomodlić do Ojca? Żeby mógł ich nauczać? Pewnie każda z tych odpowiedzi jest dobra. Myślę jednak, że Bóg-Człowiek chciał być zauważony, po ludzku przyjęty i zaopiekowany. Być wśród swoich, którzy chcą być z Nim, a nie chcą coś od niego.

Łódeczka. Ten moment modlitwy, kiedy niczego nie oczekuję, o nic nie proszę. Kiedy po prostu chcę być z Bogiem. Powinna być zawsze w pogotowiu.

środa, 30 grudnia 2020

Anna, córka Fanuela

 Drugi raz w tym tygodniu w liturgii pojawia się Ewangelia o prorokini Annie, stojącej zwykle w cieniu starca Symeona (Łk 2, 36-38)
Święty Łukasz mówi o Annie szczegółowo: córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem, i pozostała wdową. Liczyła już sobie osiemdziesiąt cztery lata. Nie rozstawała się ze Świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. 

Imię jej ojca, Fenuel, znaczy tyle co Oblicze Boże. Nazwa ich pokolenia oznacza szczęście. Mamy więc Annę, zrodzoną do szczęścia z oglądania Bożego Oblicza. Wspaniałe proroctwo zawarte w opisie tożsamości tej kobiety. Tylko jej los jakby mniej wspaniały.
Owdowiała młodo, pewnie jako dwudziestoparolatka. Później pozostała wdową. Ewangelia nie wspomina o jej dzieciach. Można przyjąć, że skoro wciąż przebywała w świątyni, nie miała obowiązków macierzyńskich. A przecież bezdzietność, i to połączona z wdowieństwem, uważana była za przekleństwo. 

Biblia mówi o niej: prorokini. Nie podaje jednak żadnego jej proroctwa ani nie wspomina o stricte prorockiej działalności. Anna żyła w świątyni i dla świątyni, pościła i modliła się. Nie tylko jako staruszka, taki antyczny odpowiednik naszych wiekowych pań, zrośniętych z różańcem i kościelną ławką. Ona tak spędziła niemal całe życie od wczesnej młodości! Życie pełne pogardliwych spojrzeń, urywanych szeptów, niezrozumienia swojej społeczności.

Czekała w świątyni, w której nawet Miejsce Najświętsze było puste. Zresztą, kobieta nie miała szans nawet się do niego zbliżyć. W świątyni znajdował się także stół chlebów pokładnych - składanej co szabat bezkrwawej ofiary, Chleby te to po hebrajsku lehem ha panim, dosłownie chleby Oblicza. Ale do nich Anna, córka Bożego Oblicza, też nie miała dostępu. Spożywali je jedynie kapłani.

Myślę, że Anna była niesamowicie silną i zdeterminowaną kobietą. Tylko męstwo płynące od Ducha Świętego mogło nie pozwolić jej ulec frustracji, poczuciu osamotnienia, ciemności i bezsensu w trakcie tych lat. Przecież nie wiedziała, czy jej oczekiwanie Mesjasza ma szansę na wypełnienie. Może powtarzała sobie: "Co ci się ubzdurało, kobieto? Na co czekasz?". 

Doczekała się. Zobaczyła Oblicze Boże w Dzieciątku, w bezbronnym Niemowlaku. Jedyne proroctwo Anny: sławiła Boga i mówiła o Nim (o Dziecku!) wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jeruzalem. 

 


niedziela, 29 listopada 2020

Civitas sancti tui facta est deserta

 I Niedziela Adwentu, rok B
Iz 63-64 (lekcjonarz przewiduje jedynie fragmenty)
Ps 80 (j.w.)
1 Kor 1, 3-9
Mk 13, 33-37


Liturgia Słowa rozpoczyna się rozdzierającym psalmem pokutnym Izajasza. Tekst od wersu 63, 7 aż do końca rozdziału 64 stanowi całość i tak będę o niej pisała, nie ograniczając się do fragmentów podawanych w lekcjonarzu mszalnym.
Czytamy skargę proroka - jej echa znamy z adwentowej pieśni Rorate coeli. "Twoje święte miasta są opustoszałe, Syjon jest pustkowiem, Jerozolima - odludziem. Świątynia nasza, święta i wspaniała, w której chwalili Cię nasi przodkowie, stała się pastwą pożaru, i wszystko, co kochaliśmy, zmieniło się w zgliszcza. Czy na to wszystko możesz być nieczuły, Panie? Czy możesz milczeć, by nas pognębić ponad miarę?" (Iz 64, 9-11). Mowa o zburzeniu Jerozolimy przez Nabuchodonozora, króla Babilończyków, w roku 587 a. Chr.
No właśnie, czy Bóg może być nieczuły? Przyczynę znajdujemy wcześniej, w wersie 63, 17b: "nasze serca stały się nieczułe na bojaźń przed Tobą".
Dalej mamy Psalm 80 i wołanie: "Dlaczego zburzyłeś jej [winorośli] ogrodzenie, tak że obrywają ją wszyscy przechodzący drogą? Szkody w niej wyrządza dzik z lasu, spustoszenie w niej robi samotny zwierz polny" (Ps 80, 13-14, BPK). Winorośl to rzecz jasna figura Izraela, a w dalszym rzędzie Kościoła. W psalmie wraca też jak refren wołanie: "Boże, odwiedź nas od błędu, ukaż swoje oblicze, a będziemy ocaleni" (Ps 80, 4. 8. 20, BPK).
W ewangelii pojawia się podobny motyw - Chrystus mówi przypowieść o władzy pozostawionej niewolnikom, którym pan każe czuwać nad jego domem. Czuwać, to znaczy troszczyć się, aby dom nie popadł w ruinę przed jego powrotem. Uderza, że podobne wezwanie do czuwania pada u Marka już w następnym rozdziale, kiedy w Ogrójcu Pan Jezus nakazuje apostołom czuwanie na modlitwie: "Smutna jest dusza moja odtąd aż do śmierci. Bądźcie tu i czuwajcie". Za chwilę Jego Ciało, prawdziwa Świątynia, zostanie zrujnowane w Męce - a uczniowie pozostają nieczuli i śpią.

Na początku tego adwentu myślę o zrujnowanym Kościele. O moich grzechach, braku czuwania i czułej bojaźni wobec Boga. A jednocześnie o grzechach Kościoła. O milczeniu biskupów wobec rujnowania prawa Bożego przez dopuszczenie cudzołożników do sakramentów. O zgorszeniu pedofilii i bierności hierarchów.  O Pachamamie wprowadzonej do świątyni i przyrównywanej do Niepokalanej Maryi. O czarnych marszach wykrzykujących bluźniercze hasła i profanujących kościoły - przecież ich uczestnicy to w większości osoby ochrzczone. Wreszcie o zamkniętych kościołach i nawoływaniu, żeby nie chodzić na Mszę i nie korzystać z sakramentów. W tym wszystkim wciąż brakuje ekspiacji, brakuje choć odrobiny czułej bojaźni wobec Boga, obrażanego i sponiewieranego w Jego Kościele. A przecież, jak pisze św. Paweł w drugim czytaniu: "czekając na objawienie się Pana naszego, Jezusa Chrystusa, nie odczuwacie braku w żadnym darze łaski". To znaczy, że mamy dostęp do łaski skruchy! Mamy dar współodczuwania z Bogiem i czuwania nad Jego domem i Jego mistycznym Ciałem - Kościołem!

Jezus powróci w objawieniu paruzji. Chcę, aby adwent był nie tylko czasem tęsknoty za tą chwilą. Pragnę, aby był czasem dbałości o Jego Kościół, aby był czasem bólu nad jego ruiną i czułości w wynagradzaniu.



poniedziałek, 16 listopada 2020

Ja Panu (nie) przerywałem

 Autorzy lekcjonarzy do posoborowej Mszy świętej mają nieznośny zwyczaj ucinania biblijnej myśli w połowie, względnie do wycinania (niepasujących im?) urywków perykop. Czasem patrząc na zestaw liturgicznych czytań czuję się, jakby słuchała politycznego show, w którym dyskutanci przekrzykują się wzajemnie, jakby niedopuszczenie do skończenia przez oponenta myśli było najcenniejszym argumentem. Gorzej, kiedy zakrzykiwanym jest Słowo Boże, bo Bóg nie będzie się z nami przekrzykiwał.

W poniedziałkowej liturgii przewidziano lekcję z Apokalipsy, wersy 1, 1-4 oraz 2, 1-5a. Część z drugiego rozdziału to tzw. List do Kościoła w Efezie. Niestety, fragment z niewyjaśnionych względów urwano w połowie myśli, sprytnie wycinając sformułowane przez Boga Samego ostrzeżenie.
 

Całość brzmi tak (wycięte fragmenty pogrubiłam): 

Aniołowi Kościoła w Efezie napisz:
To mówi Ten, który trzyma w prawej ręce siedem gwiazd,
Ten, który się przechadza wśród siedmiu złotych świeczników:
Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość,
i to że złych nie możesz znieść,
i że próbie poddałeś tych, którzy zwą samych siebie apostołami, a nimi nie są,
i żeś ich znalazł kłamcami.
Ty masz wytrwałość:
i zniosłeś cierpienie dla imienia mego -
niezmordowany.
Ale mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości.
Pamiętaj więc, skąd spadłeś,
i nawróć się,
i pierwsze czyny podejmij!
Jeśli zaś nie - przyjdę do ciebie
i ruszę świecznik twój z jego miejsca,
jeśli się nie nawrócisz.
Ale masz tę [zaletę], że nienawidzisz czynów nikolaitów,
których to czynów i Ja nienawidzę.
Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.
Zwycięzcy dam spożyć owoc z drzewa życia, które jest w raju Boga.


Zaskakujące, prawda?

Tekst uderza szczególnie dzisiaj. Oprócz uzurpatora na tronie papieskim, wyjawiane są w ostatnich dniach historie kardynałów i biskupów, którzy zwą samych siebie apostołami, a nimi nie są. Wychodzi na jaw, że jako Kościół przez lata nie chcieliśmy widzieć ich kłamstw, tak jak dzisiaj nasi biskupi zamykają usta na herezje Bergoglia.
W o ile gorszej jesteśmy sytuacji niż efeski Kościół, któremu apokalipsa wyrzuca jedynie ostygnięcie pierwotnego żaru miłości? A jednak w naszych kościołach nie padnie dziś Słowo ostrzeżenia, tak bardzo nas dotyczące. Nie będzie też odczytana obietnica dla zwycięzców.

Jeszcze jedna myśl. W tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia pada wezwanie do nawrócenia - trochę inaczej tłumaczy to Biblia Pierwszego Kościoła:

Mam jednak przeciw tobie to, że zaniedbałeś swoją pierwotną miłość. Przypomnijże sobie, skąd spadłeś, i zacznij pokutować. Zacznij znowu spełniać dawniejsze czyny. Jeśli nie, przyjdę do ciebie i usunę twój lichtarz z jego miejsca - jeśli nie zaczniesz pokutować. 

Wczoraj w diecezji wrocławskiej mieliśmy nieprzyjemność wysłuchać listu apb Józefa Kupnego.* Po dość krótkiej, a szablonowej interpretacji przypowieści o talentach, arcypasterz przepraszał wszystkich za wszystko, szczególnie za krzywdy i cierpienie spowodowane przez kard. Gulbinowicza.  Wciąż nie wiadomo, za co konkretnie, bo ani watykański komunikat, ani dzisiejszy list nie tłumaczą nam, za co konkretnie kary kanoniczne kardynał otrzymał. Przepraszanie w takim układzie stanowi jedynie kurtuazyjny ruch, podjęty prawdopodobnie dla medialnego efektu.
Ważniejsze, że w liście abp Kupny pominął zupełnie wątek obrazy Boga oraz zła, które wyrządzono Kościołowi archidiecezji wrocławskiej na poziomie duchowym. W całej epistole nie zająknął się nawet o potrzebie pokuty oraz ekspiacji za grzechy popełniane przez kapłanów, aż po arcypasterza.

Czy wycięcie fragmentu ostrzeżenia z lekcjonarza wystarczy, aby Słowo Boże przestało być skuteczne? Obawiam się, że świecznik diecezji wrocławskiej (i wielu innych w Polsce) może być niebawem ruszony i spadnie z wielkim hukiem lecących na łeb statystyk dominicantes i comunicantes. Może kiedy spadną też wpływy z tacy i mszalnych stypendiów, kogoś to otrzeźwi. Oby nie za późno.

 

 

 

 * ani strona archidiecezji wrocławskiej ani lokalna Trybuna Ludu Bożego nie publikują pełnego brzmienia listu; linkuję do artykułu omawiającego jego treść

 

 

 

piątek, 30 października 2020

Wyrok K 1/20 - co zmienia a czego nie. Kilka słów do ludności nieprawniczej.

 Obiecałam paru osobom, że napiszę "po ludzku" co w polskim systemie prawnym zmienia wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej Spróbuję pisać możliwie jasno, bez prawniczego żargonu , a przy tym precyzyjnie. Niestety język prawny jest językiem mocno technicznym, więc zmiana formy na przystępniejszą siłą rzeczy może spowodować pewne uproszczenia. Braci po fachu proszę o niezgrzytanie zębami, pozostałych Czytelników o pytania, jeśli coś będzie niejasne. 

Nie będę odnosiła się do uzasadnienia wyroku, ponieważ pisemne uzasadnienie nie zostało jeszcze opublikowane.

Na początek zerknijmy na treść ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach przerywania ciąży (popularnie zwanej "aborcyjną"). Kluczowy jest jeden artykuł, i to nim zajmował się TK:

Art. 4a 1.
Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy:
1)
ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej,
2)
badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu,
3)
zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego,
4)    (utracił moc)*.

 

Za niekonstytucyjną została w ostatnim wyroku przesłanka z punktu 2, czyli duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Co ważne, aby dokonać aborcji wystarczyło "duże prawdopodobieństwo", ale ustawodawca w żaden sposób nie precyzował, co to znaczy. To, w powiązaniu z pozostałymi znamionami, które także nie są terminami medycznymi, pozwalało na stosunkowo szeroką i swobodną interpretację przepisu przez lekarzy. Na pewno nie chodziło w nim tylko o wady letalne (te prowadzące do śmierci dziecka w trakcie lub niedługo po porodzie). Jednak granica nie była określona. Czy brak kończyny to już ciężkie upośledzenie? A brak palców? Jednego palca? Nie da się wyliczyć w ustawie wszystkich chorób, to jasne. Jednak katalog przesłanek był wybitnie nieostry.

Co więc z "piekłem kobiet" i "zmuszaniem do donoszenia ciąży zagrażającej życiu"? Ta przesłanka aborcji pozostała nieruszona. Nie była w ogóle przedmiotem badania TK. W dalszym ciągu jeśli ciąża zagraża życiu lub zdrowiu kobiety, można ją w majestacie prawa przerwać.
Tu pojawia się kwestia cięży z letalnym uszkodzeniem płodu. Według mojej wiedzy medycznej (jeśli wśród Czytelników jest lekarz, proszę o weryfikację tezy) część takich ciąż przebiega w na tyle patologiczny sposób, że istotnie stanowi zagrożenie zdrowia lub życia matki. Taką ciążę w dalszym ciągu, zgodnie z polskim prawem, można zakończyć aborcją. Nie wiem, skąd wzięło się obecne w przestrzeni publicznej przekonanie, że wyrok TK to zmienił.
Inna sprawa, że samo kryterium zagrożenia zdrowia matki jest nader nieostre. Czymś zupełnie innym gatunkowo jest ryzyko kardiomiopatii ciążowej albo rzucawki* a ciążowa zgaga, która też jest jakimś rozstrojem zdrowia. Trywializuję i sprowadzam do absurdu, jednak nie do końca. Czy ryzyko pogorszenia wzroku jest wystarczającą przesłanką? No właśnie...

Wyrok TK w sprawie K 1/20 wejdzie w życie i odniesie skutek w postaci uchylenia art. 4a ust. 1 pkt. 2 z dniem opublikowania go w Dzienniku Ustaw przez Marszałka Sejmu. Do tego nie jest potrzebne żadne dodatkowe głosowanie w Sejmie i Senacie. Brak publikacji wyroku przez Marszałka jest deliktem konstytucyjnym i w cywilizowanym państwie byłoby przedmiotem oskarżenia przed Trybunałem Stanu.

Jeszcze odnośnie projektu kolejnej zmiany ustawy aborcyjnej wniesionego przez Prezydenta Andrzeja Dudę. Nie opublikowano jeszcze samego projektu, nie znamy uzasadnienia wyroku TK. Nie odważę się stwierdzić, jak się jedno ma do drugiego.

 

* poprawka, bo gdy się wchodzi nie na swoje poletko, błędy pojawiają się gęsto. Obie wskazane przeze mnie przypadłości dotyczą zasadniczo trzeciego trymestru, więc okresu, kiedy dziecko ma szansę na przeżycie poza organizmem matki. W takim przypadku, zgodnie z orzecznictwem, nie można dokonać aborcji, a jedynie przeprowadzić przedwczesny poród ze wskazań medycznych.

 

Nieskazitelni jak gołębie - o aborcji raz jeszcze

Jestem zdecydowanie przeciwna prawu do aborcji. Wierzę w to, co mówi śpiewany dzisiaj w liturgii Psalm 111: Wszystkie Jego przykazania - niezawodne, ustalone na wieku wieków, utworzone z troskliwości i sprawiedliwości (przekład Biblia Pierwszego Kościoła). Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że sprawiedliwe prawo państwowe powinno zakazywać aborcji, poza zagrożeniem życia matki oraz aborcję penalizować.

Nie żyjemy jednak w próżni społecznej. Każde działanie niesie swoje konsekwencje, a cnota roztropności domaga się, aby je przewidywać.

Czy przetaczające się przez Polskę protesty zwolenników aborcji były do przewidzenia? Oczywiście. Tak samo do przewidzenia było, że ich żądania pójdą znacznie dalej, niż powrót do poprzedniego status quo. Mimo to część środowisk politycznych wywołała wojnę, w której posłużono się skompromitowanym Trybunałem Konstytucyjnym. Wykonano szarżę, zupełnie nie myśląc, czy możliwe jest wygranie wojny.

Bella premunt hostilia*, śpiewaliśmy dzisiaj na początku adoracji. Jestem przekonana, że wojna, którą teraz mamy, została wywołana w sposób nieprzemyślany, źle rozeznany, a w konsekwencji pozbawiony błogosławieństwa. Jak Izrael, który wychodził do bitew bez Boga i przegrywał.
Nota doktrynalna o niektórych aspektach działalności katolików w życiu politycznym wydana w 2002 roku przez Kongregację Nauki Wiary jasno przedstawia modelowy sposób zachowania się katolickiego parlamentarzysty (czy szerzej: polityka).  
Wolność polityczna nie jest i nie może być oparta na relatywistycznej tezie, że wszystkie wizje dobra człowieka są równie prawdziwe i mają taką samą wartość, ale winna opierać się na fakcie, że wszelka działalność polityczna zmierza zawsze do bardzo konkretnej realizacji prawdziwego dobra człowieka i dobra społecznego w ściśle określonym kontekście historycznym, geograficznym, ekonomicznym, technicznym i kulturowym. (...)
Obowiązuje ich — tak jak każdego katolika — zakaz uczestnictwa w kampaniach propagandowych na rzecz tego rodzaju ustaw, nikomu też nie wolno ich popierać oddając na nie głos. Nie jest to sprzeczne z zasadą, którą sformułował Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae w odniesieniu do sytuacji, gdy nie jest możliwe odrzucenie lub całkowite zniesienie ustawy aborcyjnej już obowiązującej lub poddanej pod głosowanie: w takim przypadku "parlamentarzysta, którego osobisty absolutny sprzeciw wobec przerywania ciąży byłby jasny i znany wszystkim, postąpiłby słusznie, udzielając swego poparcia propozycjom, których celem jest ograniczenie szkodliwości takiej ustawy i zmierzającym w ten sposób do zmniejszenia jej negatywnych skutków na płaszczyźnie kultury i moralności publicznej".  (podkreślenia moje).
 
 
Wynika z tego, że dążąc do zapewnienia pełnej prawnej ochrony życia od poczęcia, należy wziąć pod uwagę zastane warunki społeczne i - roztropnie przewidując - działać ku możliwie maksymalnej w tych warunkach opcji. Działanie wbrew zdrowemu rozsądkowi, badaniom opinii społecznej, na przekór faktom, licząc na cud, nie jest realizacją katolickiej nauki społecznej. Jest za to proszeniem się o katastrofę, właśnie tę, która puka nam do bram.

Chrystus Pan nakazywał, by uczniowie byli nieskazitelni jak gołębie, ale roztropni jak węże (Mt 10, 16), a nie naiwni jak dupy wołowe.
 
 
* fragment hymnu Akwinaty O salutaris Hostia - O zbawcza Hostio, dosłownie: nęka nas wojna nieprzyjazna/wroga.