poniedziałek, 25 listopada 2024

Ja Panu (nie) przerywałem - Orszak Baranka

 W liturgii czytamy Apokalipsę św. Jana. Na dziś autor lekcjonarza przewidział Ap 14, 1-3. 4b-5. Jak łatwo zauważyć, tym razem brzytwą potraktowano fragment wersu 4. 

Co tak zgorszyło posoborowego mędrca od liturgii?

ap 14, 1 Potem ujrzałem:
A oto Baranek stojący na górze Syjon,
a z Nim sto czterdzieści cztery tysiące,
mające imię Jego i imię Jego Ojca wypisane na czołach.
I usłyszałem z nieba głos jakby głos mnogich wód
i jakby głos wielkiego gromu.
A głos, który usłyszałem, [brzmiał] jak gdyby harfiarze uderzali w swe harfy.
I śpiewają jakby pieśń nową przed tronem
i przed czterema Zwierzętami, i przed Starcami:
a nikt tej pieśni nie mógł się nauczyć
prócz stu czterdziestu czterech tysięcy -
wykupionych z ziemi.
To ci, którzy z kobietami się nie splamili:
bo są dziewicami;

ci, którzy Barankowi towarzyszą, dokądkolwiek idzie;
ci spośród ludzi zostali wykupieni
na pierwociny dla Boga i dla Baranka,
a w ustach ich kłamstwa nie znaleziono:
są nienaganni.

Dziewiczość, to ją wycięto.

Ojcowie Kościoła, szczególnie św.Ambroży i św. Hieronim, komentując tę perykopę, pisali, że za Barankiem - Panem Jezusem można iść na wiele sposobów. Można naśladować Go nauczającego o Królestwie, można podążać za Nim drogą Krzyża i na wiele innych sposobów. Jednak tylko jedna grupa idzie za Nim dokądkolwiek się uda - to ci, którzy naśladują Go w dziewiczości. Ich pieśni, specjalnej pieśni pochwalnej, nie może się nauczyć nikt inny. Dziewiczość dla dziewiczego Oblubieńca jest wyjątkowym skarbem Kościoła, którym według św. Ambrożego cieszyć się będą wszyscy zbawieni.

Lamentujemy w Kościele, że nie ma powołań do wyłącznej służby Bożej. A jednocześnie wstydzimy mówić się o oblubieńczej czystości.

niedziela, 3 marca 2024

Nabyci drogocenną Krwią

 III niedziela Wielkiego Postu, rok B
Wj 20, Ps 19, 1Kor 1, 22-25, J2, 13-25

Są takie fragmenty Ewangelii, po których poruszamy się jak po codziennej drodze do pracy - można jechać na pamięć. Słyszę pierwsze zdanie, a w głowie odtwarza się sklejka  z usłyszanych dotychczas homilii. I tylko czasem pojawia się nowe światło, nowy sens, który wytrąca ze starych kolein.

Wyrzucenie kupców ze świątyni jerozolimskiej. Wiadomo, bicz ze sznurków i jazda po straganach. Trzeba oczyścić serduszko ze wszystkiego, co nieboże. I tu wjeżdża Dekalog z pierwszego czytania. Znacie?

Zaskoczył mnie św. Augustyn w homilii o tej perykopie:
Kim są ci, co sprzedają woły? Szukajmy w figurze tajemnicy wydarzenia. To są ci, którzy swego szukają w Kościele, a nie tego, co jest Jezusa Chrystusa. Za towar przeznaczony do sprzedaży uważają wszystko ci ludzie, którzy nie chcą być odkupieni: nie chcą być nabyci, tylko sprzedawać. A jednak byłoby dla nich dobrze, aby zostali odkupieni Krwią Chrystusa, aby mogli dojść do pokoju z Chrystusem. 

Pan Jezus nie zrobił awantury w świątyni, żeby ulepszyć kult starego przymierza. On go symbolicznie likwiduje i zapowiada swoją Ofiarę. To jest ruch nieopisanie bardziej rewolucyjny niż przeniesienie straganów poza dziedziniec pogan i pozostanie przy swojskim handelku z Bogiem. Wyrzucenie kupców to krzyk: koniec z próbami transakcji wymiennych z Bogiem!

Oczyszczenie serca to coś więcej niż wywalenie z niego brudu grzechu. To przyjęcie, że nie mogę Bogu nic dać na ofiarę, że mogę tylko przyjąć odkupienie i jedyną Ofiarę Krzyża. A jeśli chcę coś ofiarować, to tylko przez zjednoczenie z Chrystusem oddającym się Ojcu.



poniedziałek, 4 grudnia 2023

Głupota na pokaz - poniedziałek I tygodnia Adwentu

(VOM)  Mt 25, 1- 12 

Z nich pięć było głupich, pięć mądrych. Otóż głupie zabrały swoje lampy, ale nie wzięły ze sobą oliwy. Mądre natomiast wzięły w naczyniach oliwę do swoich lamp.


1. Święty Augustyn w swojej homilii do tej perykopy zauważa, że jedynym, co owe panny różni, jest oliwa. 

Obie grupy były dziewicze - zachowały czystość wiary i powściągliwość w zmysłach, stosownie do swojego stanu życia. Cała dziesiątka oznacza Kościół, a więc nie tylko dziewice, ale także małżeństwa czy wdowy. 

Obie miały lampy, symbol dobrych uczynków - Niech tak świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i oddali chwałę Ojcu waszemu w niebie (Mt 5, 16). 

Ba, nawet obie zasnęły. U Augustyna to symbol śmierci. Myślę, że także wszelkich sytuacji egzystencjalnej "bezwładności", jak np. żałoba, okres trudnych przełomów w życiu, czas strapienia duchowego. Te wszystkie momenty, kiedy trzeba skorzystać z zasobów serca, sumienia i umysłu, które zgromadziliśmy wcześniej. 

Głupia piątka nie zebrała oliwy. Jakby ich dobre uczynki były bezowocne. Augustyn podpowiada, że oliwą jest bezinteresowna miłość, która nie szuka poklasku. Głupie dobre uczynki wykonywały na pokaz. Obrazowo mówiąc, rozchlapywały oliwę przed sobą i na swoich klakierów. Mądre kochały ze względu na Boga, z dala od ludzkiego wzroku. Wiem, na własnej skórze, jakie to trudne, zwłaszcza jeśli czyny po prostu są widoczne dla otoczenia. Sposobem, odtrutką na skłonności do autolansu jest strzeżenie w sobie świadomości, że oliwa pochodzi od Boga. Augustyn: Przecież oliwę ludzie wycisnąć potrafią, ale drzewa oliwnego stworzyć nie potrafią. "Oto mam oliwę" - ale czy ty ją stworzyłeś? Jest darem Bożym. Masz oliwę, noś ją ze sobą. Co to znaczy? Miej ją we wnętrzu i tam podobaj się Bogu.

2. Mieć oliwę - bo liczę się z tym, że Bóg jest wolną Osobą wobec mnie. Może postępować ze mną, jak się Mu, mojemu Panu, podoba. Może się  opóźniać z pocieszeniem, a ja mam mieć w sobie zapas miłości. Bo On nadejdzie.

sobota, 2 grudnia 2023

Pora na figi. I Niedziela Adwentu

 Mam ambitny plan, żeby w adwencie regularnie wrzucać na bloga parę myśli do Słowa Bożego. W niedziele będzie to Liturgia Słowa z Mszy w Klasycznym Rycie Rzymskim, w tygodniu KRR lub z Mszy Posoborowej. 


Rz 13, 11-14; Łk 21, 25-33


 

1. Noc się już posunęła, a przybliżył się dzień. oraz Gdy widzicie, że wypuszczają pąki, sami poznajecie, że już blisko jest lato.

Paweł i Łukasz piszą o jakiejś istotnej zmianie jakościowej: noc-dzień, zima-lato. Jeszcze jej nie ma, ale już można widzieć jej oddziaływanie. Chodzi być może, w warstwie historycznej Ewangelii, o oblężenie Jerozolimy i zburzenie Świątyni. Na pewno chodzi o Paruzję. Pan Jezus jeszcze nie powrócił w chwale, ale my już jesteśmy wychyleni ku Nadchodzącemu.

2. Moce niebios zostaną wstrząśnięte - wielkie znaki astronomiczne - więcej pisze o nich Mateusz. A może zachwianie (BPK - moce niebieskie zakołyszą się) tych, którym Chrystus powierzył sakramentalne moce niebieskie? Myślę o zdradzie Objawienia przez Bergoglia i wielu biskupów i kardynałów. 

3. Nie przeminie to pokolenie, aż wszystko się stanie - literalnie upadek Jerozolimy jak upadek świata Żydów - nie minęło pokolenie. Niezmienna jest też natura ludzka - zawsze znajdzie się część nieuznających Boga i reszta wierzących. Nie różnimy się w tym niczym istotnym od przeszłych pokoleń.

Święty Jan Chryzostom pisze: Pokoleniem nazywa Pismo nie tylko ludzi żyjących w tym samym czasie, ale również różne kategorie ludzi. (...) choć Jeruzalem zostanie zniszczone i większość Żydów utraci życie, żadna próba nie oddzieli od Niego pokolenia wierzących. 

 Orygenes- Pokolenie Kościoła przeminie kiedyś z tego świata, aby odziedziczyć świat przyszły. 

4. Ludzie mdleć będą ze strachu.(...)Nabierzcie ducha i podnieście głowy (...) Spójrzcie na figowiec. - dla części, a właściwie wszystkich nie będących w Kościele - Paruzja będzie traumatycznym dramatem(który będzie trwać piekielnie gorzej, niż się zacznie). Dzieci Kościoła mają nabrać ducha i podnieść głowy, wejść w nową rzeczywistość z odwagą i nadzieją. 

Więcej - Pan Jezus wspomina tu obraz figi. Zaskakujące - mała figa wśród gasnącego słońca i spadających gwiazd - a to na nią Pan Jezus poleca zwrócić uwagę. Figowiec, figi to w Biblii symbol m.in. oblubieńczej miłości - Pnp 2,13 Figowce już wyprowadzają swoje owoce, winnice kwitną, odurzają zapachem. Wstań, moja najdroższa ,przyjdź moja piękna, synogarlico moja. Ci, którzy zdołają podnieść głowy przed nadchodzącym Panem (do tego konieczne jest czyste sumienie) będą patrzeć na Jego przybycie w kontekście oblubieńczym. Im nawet pośród ogólnego chaosu, terroru i rozchwiania rzeczywistości, figa wypuści miłosne owoce.

 

niedziela, 21 maja 2023

Czy katolik może... - chorować na depresję

 Pytanie wydawałoby się banalne. Czy katolik może mieć astmę, reumatyzm, cukrzycę albo złapać grypę? Nigdy nie słyszałam, żeby z ambony padła krytyka chorych na raka. Za to chorym na depresję obrywa się dość regularnie.

Dzisiaj znowu trafiłam na kaznodzieję-bystrzaka, który z wysokości swojego księżowskiego autorytetu nauczał, że prawdziwie wierzący, ufający Bogu i żyjący sakramentami katolik NIE MOŻE mieć depresji. No, nie da się, nie wolno i nie godzi się. A jak już dotknęła cię ta choroba, to znak, że źle wierzysz, za mało się modlisz, nie ufasz Bogu. I masz problemy ludzi pierwszego świata - bo kaznodzieja akurat był misjonarzem, a jego podopieczni w glinianych chatkach depresji ponoć nie miewają. No.

Mordercze dla chorych i dla ich życia duchowego.

źródło: https://www.centrum-psych.pl/depresja-czym-jest-i-jak-sie-objawia/


Tak się składa, że od kilku lat choruję na depresję. Nie dlatego, że nie wierzę, nie modlę się albo poprzewracało mi się w głowie od dobrobytu. Depresja bywa komponentą wielu chorób ogólnoustrojowych i trzeba nauczyć się z nią żyć. Już wielokrotnie chciałam poruszyć ten temat na blogu, ale jednak rezygnowałam. Jednak dzisiejsza irytacja popchnęła mnie wreszcie do napisania paru słów - trochę świadectwa mojego życia z chorobą, trochę wskazówek, jak sobie pomóc i nie dać się zwariować niedouczonym kaznodziejom. 

1. Jak pisałam, depresja jest chorobą. Czynników wywołujących jest wiele - trauma, utrata bliskiej osoby, długotrwały stres, stan zapalny w organizmie, inna choroba. Zwłaszcza choroby autoimmunologiczne lubią iść w parze z depresją. Choroby się leczy. Znowu truizm. Nikt nie proponuje, żeby zamodlić cukrzycę różańcem - depresję owszem. Tymczasem nie ma sensu się męczyć. Istnieją bezpieczne i skuteczne leki antydepresyjne. Pacjent nie zamienia się po nich w zombie, nie jest "przymulony", nie ma wizji tęczowych jednorożców, może prowadzić samochód i zajmować się domem. Dodatkowo nieleczona depresja powoduje zmiany w mózgu, a tego przecież nie chcemy. Leczenie nie jest objawem braku wiary, symptomem nieufania Bogu i zerwania z Kościołem. Leczenie to sposób dbania o siebie (i swoich bliskich, bo depresja wpływa na funkcjonowanie całej rodziny), a więc jest realizacją przykazania miłości. I to farmakologiczne, i psychoterapia, o ile nie jest ideologiczną agitacją chorego.
Jeśli od minimum 2 tygodni masz trudności z zasypianiem, a potem wybudzasz się jeszcze nad ranem;  jeśli od minimum 2 tygodni "jutro"  już na pewno zabierzesz się do życia i działania - poszukaj pomocy. Tutaj znajdziesz prosty, przesiewowy test diagnostyczny. Tylko pamiętaj, żaden test z internetu nie zastąpi wizyty u psychiatry.

2. "Módl się więcej, Bóg cię uzdrowi". Oczywiście, Bóg może w ułamku sekundy uzdrowić z każdej choroby. Można modlić się o uzdrowienie z depresji. Problem w tym, że chory na depresję często nie ma siły ani napędu do czegokolwiek, w tym do modlitwy. Kiedy zebranie dwóch sensownych myśli jawi się jakby napisanie rozprawy habilitacyjnej bez dostępu do źródeł, komunikat "módl się więcej" może być zabójczy (i to dosłownie). Nie dość, że chory nie będzie w stanie go zrealizować, spowoduje on wzrost poczucia winy, które w depresji jest już głębokie jak Rów Mariański.
Co w związku z tym? Jeśli jesteś przyjacielem depresyjnego Hioba - sam módl się za niego więcej. Nie proponuj aktywności, które są poza jego zasięgiem. A przede wszystkim zadbaj o to, żeby podjął leczenie.
Jeśli sam chorujesz, zadbaj o modlitwę w takiej formie i wymiarze, jaka jest aktualnie możliwa. Mi pomagało ustalenie takiego planu ze spowiednikiem. To stawia tamę poczuciu winy, że może mogłam albo powinnam więcej lub lepiej. Pomocne jest też znalezienie swojej formy modlitwy, takiej, która nawet w najgłębszym dole pozwala być przy Bogu. Dla mnie to adoracja. Kiedyś, na początku depresji, przyszła mi myśl, że skoro mogę godzinami gapić się w ekran z głupimi serialami, to mogę "gapić się" w Pana w Najświętszym Sakramencie. Po prostu, w pustce, w smutku, być z Chrystusem. Także w domu, przed ikoną, jeśli nie mam możliwości wyjść do kościoła. Istotne, żeby modlitwy nie porzucić. 


3. Spowiedź w depresji. To trudny temat. W ciemnych okresach dryfowałam między dwiema skrajnościami. Albo wszystko we mnie było złe i grzeszne, bo poczucie winy przejmowało kontrolę. Albo byłam niewinna jako ta lilija, bo przecież jestem chora i to choroba jest za sterem, nie ja. Obie wersje są fałszywe.
Najlepiej, dla własnego dobra, mieć stałego spowiednika, który ma aktualną wiedzę psychologiczną. Nie po to, żeby konfesjonał zamienić w gabinet psychoterapii. Nie mieszajmy porządków. Wiedza przydaje się po to, żeby nas wyprowadzić z powyższych skrajności i nauczyć zadawać sumieniu pytania właściwe do stanu chorego. Na pewno najgorszą możliwą opcją jest nie mówienie o chorobie z równoczesnym oskarżaniem się za jej objawy. Wolno za to w konfesjonale powiedzieć: mam depresję, nie potrafię zrobić rachunku sumienia, proszę mi pomóc.
Jeśli nie masz spowiednika ani nie znasz żadnego księdza, który mógłby towarzyszyć ci w chorobie, popytaj wśród wierzących znajomych. Pytamy o dobrego dentystę, o fryzjera, mechanika samochodowego i wielu innych. A do spowiedzi idziemy z przypadku, jakby sfera życia duchowego nie była ważna.

4. Przyjmij Sakrament chorych. Serio. On jest dla... chorych, a depresja jest chorobą, potencjalnie śmiertelną. Bóg poprzez święte namaszczenie daje siły, żeby chorobę święcie i sensownie przeżyć. Nawet jeśli pozornie nic się nie zmieni, sakrament w sposób pewny niesie łaskę.
Jak? Zwykle "masowo" w kościołach udziela się sakramentu chorych raz w roku, 11 lutego, we wspomnienie Matki Bożej z Lourdes. Można popytać (także wujka Googla), czy gdzieś w okolicy nie ma takiej praktyki np. co miesiąc. Można poprosić księdza ustalonego w poprzednim punkcie. Można po Mszy podejść do zakrystii i poprosić. Można w tym celu zajrzeć do kancelarii parafialnej w godzinach jej urzędowania. O ile ksiądz nie ma empatii na poziomie ruskiego czołgu, nie odmówi. A jak odmówi? To jego problem, ustali sobie wcześniej czy później z Panem Bogiem, czy słusznie postąpił. Ty zadbaj o siebie.

5. Nie cierp jak zwierzę, czyli ofiaruj cierpienie w konkretnej intencji. Nawet jeśli w psychicznej ciemności wydaje ci się to bez sensu i bez wartości. Aktem wiary oddaj Bogu ból psychiczny i fizyczny, który ci towarzyszy, na Jego chwałę. Zjednocz się z cierpiącym Chrystusem. On wziął na Siebie każdą naszą ciemność, każdą przeżył. Beznadzieję i paraliż depresji też.

To kilka najważniejszych myśli i metod, które mi pomogły przeżyć z perspektywy wiary pierwszy okres choroby. Teraz mam się całkiem dobrze, choć kolorowe tabletki będą ze mną jeszcze długo. 

Wszystkich chorych chcę zapewnić, że każda ciemność kiedyś mija. Z depresją można wieść normalne i szczęśliwe (!!!) życie. W depresji można być blisko Boga, chociaż zbolała psychika miewa inne zdanie. Sakramenty dają nam prawdziwą, obiektywną jedność z Bogiem, choćby wszystko krzyczało, że jest inaczej. To prawda, która daje i dawała mi najwięcej sił.

Blogger daje opcję komentowania anonimowo - jeśli masz pytanie, postaram się odpowiedzieć na podstawie swoich doświadczeń.







poniedziałek, 15 maja 2023

Trudno być neofitą, czyli gdzie ukryto Skarb Kościoła

 Całe niebo zstępuje na ziemię, gdy święty ceremoniał się odprawia. Na słowa kapłana zstępuje na ołtarz sam Bóg. – tak zaczyna się film Ukryty Skarb Kościoła. Zgodzi się z tym każdy katolik. Niestety, dalsza część omawianego dokumentu nie będzie już tak bezsprzeczna. 

 Zanim przejdę do jego omawiania, zacznę od przedstawienia mojej perspektywy. We Mszy świętej uczestniczę niemal codziennie od mniej-więcej 10 roku życia. Mam głęboką świadomość, że to nie jest moja zasługa, a jedynie niepojęty dar niebios. Na Mszę w rycie klasycznym trafiłam na początku studiów, niemal 20 lat temu. Trafiłam na nią, to bardzo istotne dla zrozumienia mojej perspektywy, jako osoba młoda, ale ukształtowana przez częstą Eucharystię i Komunię, mająca ugruntowane doświadczenie Boga działającego przez sakramenty oraz świadomość, że zrozumienie Najświętszych Tajemnic nie opiera się na emocjach, a na wiernym w nich uczestniczeniu i łasce Bożej budującej na osobistym wysiłku duchowym i intelektualnym. Msza Trydencka, w której zaczęłam uczestniczyć była…Mszą, po prostu. Różniła się językiem (to nie stanowiło trudności, łacinę znam i mam na to świadectwo maturalne), ale nade wszystko językiem znaków i symboli. Poznawałam je stopniowo, ucząc się nowej dynamiki uczestnictwa. Jednak nigdy nie miałam poczucia, że oto odkryłam ukryte dotychczas przede mną Misterium.

Nie mam zamiaru polemizować z emocjami osób wypowiadających się w filmie, z ich zachwytem i poczuciem, że są w niebie. Przyznaję jednak, że część z nich zaskoczyła mnie. Już na początku Arkadiusz Robaczewski mówi: tak może pociągać tylko coś, co jest nadprzyrodzone. To posoborowa Msza nie jest?

Księża Klaja i Śniadoch opowiadają, że w VOM odnaleźli to, co pociągało ich we wschodnich rytach. Towarzyszy temu obraz pełnej przepychu liturgii bizantyjskiej. Tylko miejmy świadomość, że nie każda wschodnia Służba Boża tak wygląda, a nie każdy NOM przypomina harce łódzkich jezuitów. Jako widz już w tym momencie czuję się zmanipulowana. Bliska jest mi wschodnia czułość liturgiczna, ale przecież bliżej jej do posoborowej IV Modlitwy Eucharystycznej, wzorowanej na anaforze św. Bazylego, niż do Kanonu Rzymskiego. O co więc chodzi? O bogactwo szat liturgicznych i dym kadzideł? Serio? To co zrobimy z cichymi Mszami trydenckimi?

Właściwie wszyscy uczestnicy opowiadają o doświadczeniu nowości, która zachwyca. Nic dziwnego, tak działa nasza psychika, to co nowe, a przy tym estetycznie piękniejsze, zawsze będzie bardziej pociągające, niż to co znane. Każdy neofita w pierwszym okresie zanurza się w emocjonalnym zachwycie, raz po raz odkrywając jakiś nowy, fascynujący element. Naturalne jest też to, że emocje z czasem wygasają i pojawia się znużenie. Każda liturgia, niezależnie od formy, w pewnym momencie będzie wymagała od uczestnika przejścia ze stanu neofickiej fascynacji do dojrzałej pracy nad skupieniem, wysiłku duchowego nad dyspozycją i pracy intelektualnej nad jej zrozumieniem. Bez tego VOM pozostanie tak samo bezowocny, jak wcześniejszy NOM, może jedynie z większą ilością koronek i kadzideł.

Zaskakujące, jak osoby określające siebie za tradycjonalistów i konserwatystów, w narracji o Mszy Trydenckiej sięgają po ten sam zestaw argumentów, którym posiłkują się uczestnicy najbardziej podkręconych emocjonalnie Nowych Mszy. Byłem jak w niebie. Słyszałem bicie Serca Chrystusa. Pieśni porwały mnie do nieba. Serio? To ma być coś, co ma mnie przekonać do klasycznego rytu? Obawiam się, że obecni na sławetnej stadionowej profanacji Mszy bpa Rysia mówili dokładnie to samo.

Dodatkowo emocjonalne przeżycia osób wypowiadających się w dokumencie przedstawiane są niejako wzór i ideał przeżycia Mszy. To już duża manipulacja, wykraczająca daleko poza katolicką duchowość. Osoba dojrzała w wierze co najmniej równie często doświadcza posuchy duchowej jak czasu pocieszeń. Zdarzało mi się widzieć niebo na obu formach Mszy, tak samo jak walczyć ze zniechęceniem. To naturalny stan, który nie musi świadczyć o jakości uczestnictwa w liturgii. Oddane Bogu rozproszenia i oschłość nie mają mniejszej wartości niż pobożny haj podkręcony przez scholę gregoriańską albo worshipowy zespół. (Z całym szacunkiem do śpiewu gregoriańskiego, który jest śpiewem własnym Kościoła i który szczerze kocham).

Zgadzam się ze zdaniem ks. Kneblewskiego, że klasyczna Msza rzymska daje inną perspektywę, niż posoborowa. Oczywiste jest, co zauważył papież Benedykt XVI, że to co poprzednie pokolenia uznawały za święte, świętym pozostaje i wielkim także dla nas. Nie oznacza to jednak, że NOM nie ma aspektu świętości, a wręcz uniemożliwia zrozumienie istoty Ofiary Mszalnej. Zjawiskiem zupełnie przerażającym są zaś dla mnie wypowiedzi kapłanów, którzy mówią, że dopiero na VOM zreflektowali, że uczestniczą w świętym misterium.

Podobnie świeccy. Z kontekstu wynika, że przed trafieniem na starą Mszę ich poziom wiedzy liturgicznej i duchowej był zgoła marny. Po zetknięciu się z tradycyjną liturgią zaczynają dopiero poznawać swoją wiarę. Tylko czy to jest wina rytu czy osobistego zaniedbania? Wyobrażam sobie, że z wiedzą na poziomie I Komunii Msza może być nudna – Msza trydencka, po opadnięciu blichtru nowości, też.

Jedna z autorek filmu, pani Świeżyńska, opowiada o okresie w swoim życiu kiedy niczego nie czuła, wydawało jej się, że nie wierzy. Nie mam zamiaru być sędzią jej sumienia, opieram się tylko na tym, co ujęto w filmie i tym, jak rozumiem jej słowa. Jak już zaznaczyłam nic nie czuję nie jest żadną przesłanką do oceny wiary, na pewnym etapie rozwoju życia duchowego jest wręcz normalnym zjawiskiem. Autorka jednak w braku emocji widzi problem urastający wręcz do objawu utraty wiary – i zaraz podaje niezawodne remedium: Msza Trydencka. Co będzie jednak, kiedy oschłość spotka ją na Mszy w klasycznym rycie? Z całą serdecznością mam nadzieję, że do tego momentu jej świadomość prawideł życia duchowego wykroczy poza neofickie zachwyty.

Dalej- wypowiada się ks. Najmowicz z Bractwa Piusa X. Mówi o zetknięciu się z tradycyjną doktryną Kościoła. Znowu manipulacja. Dokument poświęcony jest formie Mszy, nie kwestiom doktrynalnym. Uczestniczyłam w Nowych Mszach gdzie homilia była w pełni ortodoksyjna oraz w VOM-ach, na których kazanie epatowało modernistycznym bełkotem.

W pełni zgadzam się z tym, że nowa liturgia została okrojona względem klasycznej. Wiele zmian, ze zmianą orientacji celebransa na czele, jest co najmniej dyskusyjna. Jednak czy to sprawia, że NOM traci sakramentalny wymiar, stanowi zagrożenie dla wiary i nie niesie łaski?

Fakt, że NOM nie wypełnia założeń Soboru Watykańskiego II jest oczywisty. Wiedza o tym, jak powstawały nowe Modlitwy Eucharystyczne nie jest wiedzą tajemną. Z faktów można wyciągnąć różne wnioski, także te skrajne, jak teza, że NOM jest niegodna albo wręcz nieważna. Nie wytrzymują one jednak konfrontacji z rzeczywistością .Posoborowa Msza wydaje świętych – żeby sięgnąć tylko do naszego Kościoła lokalnego, bł.Jerzy Popiełuszko odprawiał Mszę Pawła VI. Pozostaje też pytanie, czy Bóg pozwoliłby, żeby niemal cały Kościół przez kilkadziesiąt lat tkwił w błędzie co do serca naszej wiary i pozostawił zdecydowaną większość katolików odciętych od godnie sprawowanej Najświętszej Ofiary. Niektórzy bez zawahania powiedzą, że tak. Kapłani Bractwa Piusa X nauczają wręcz, że lepiej nie uczestniczyć w Mszy wcale, niż uczestniczyć w NOM. Pozwolę sobie tego nie skomentować, brak mi kulturalnych słów.

Autorzy wraz z ich gośćmi podnoszą znaną tezę, że NOM ma być Mszą akceptowalną dla protestantów. Nigdy jednak tradi-redaktorzy nie pokazali owego mitycznego protestanta przyjmującego katolicką Mszę z jej teologią liturgii, szczególnie doktryną transsubstancjacji. Z tego względu argument wciąż uznaję za sprawny chwyt erystyczny.

Ksiądz Stehlin z żarem niemal wykrzykuje: katolicki ryt przeistoczenia zamieniono na czysto protestancki ryt. O ile trzeba się zgodzić, że Offertorium zostało w Novusie zmasakrowane, to gdzie nastąpiła ta protestantyzacja konsekracji? Znowu czuję się manipulowana, tym razem poprzez postawienie obok siebie tezy błędnej i przesadzonej oraz truizmu.

Z Mszą, tą nową, można zrobić wszystko- mówi archiwalny fragment wypowiedzi ks. Kaczkowskiego. No, owszem, ze starą też. Problem w tym, że autorzy dokumentu bez cienia zażenowania poddają widza bezczelnej manipulacji. Jeśli VOM, to uroczysty, w pięknych szatach i bogatej warstwie muzycznej. Jeśli NOM, to na stadionie, ze zdziecinniałym celebransem tańczącym po prezbiterium etc. Jakby sprawowanie Mszy w sposób skandaliczny było immanentną cechą NOM, a Trydenty w cudowny sposób chroniły przed rzeźnią liturgiczną.

Trudno odnieść się do całego bloku poświęconego zamykaniu kościołów w czasie pandemii. Jaki to ma związek z rytem Mszy? Ponownie: znam parafie novusowe, które działały w tym czasie normalnie. Znam zlikwidowane stare Msze, a także środowisko tradycji, w którym duszpasterz wręcz histerycznie reagował na brak maseczki u wiernego. Co chcieli pokazać autorzy dokumentu? 

Jeszcze jeden smaczek - jako ilustrację Ecclesia Militans w filmie wykorzystano obraz ze spotkania Wojowników Maryi. Tak, zupełnie posoborowej wspólnoty. Fik. 

Kocham Mszę, kocham przychodzącego w niej Boga. Nieustannie napawa mnie zdziwieniem i drżeniem, że możemy brać udział w uobecnionej i ponowionej dla nas Ofierze Chrystusa Pana, że możemy się z Nim jednoczyć i żyć Jego życiem. Kocham Mszę w każdym katolickim rycie.

„Wybrakowany towar” - tak jeden z bohaterów dokumentu nazywa Mszę Pawła VI. Sapienti sat.

 

piątek, 14 kwietnia 2023

Bezsilność bez Słowa

 Jezus znowu ukazał się nad Jeziorem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: «Idę łowić ryby».  Odpowiedzieli mu: «Idziemy i my z tobą». Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie ułowili.
A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus.
A Jezus rzekł do nich: «Dzieci, macie coś do jedzenia?»
Odpowiedzieli Mu: «Nie».
On rzekł do nich: «Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie». Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.
Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: «To jest Pan!» Szymon Piotr, usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się wpław do jeziora. Pozostali uczniowie przypłynęli łódką, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu łokci.
A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli rozłożone ognisko, a na nim ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: «Przynieście jeszcze ryb, które teraz złowiliście». Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć nie rozerwała się. Rzekł do nich Jezus: «Chodźcie, posilcie się!» Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: «Kto Ty jesteś?», bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę.
To już trzeci raz Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał. (J 21, 1-14)




1.
Ileż mogły ważyć te 153 ryby, że siedmiu chłopa zaprawionych w rybactwie nie mogło ich wyciągnąć? Co oni tam łowili? Marliny w jeziorze? Dopóki Jan nie rozpoznał Chrystusa Pana, mimo wypełnionych sieci ich trud pozostaje daremny. Dopiero, kiedy Go poznali, Piotr sam (!) na Słowo Pana wyciąga sieć.
Oczywiście, ma to najpierw znaczenie eklezjalne. Sieć to Kościół, ludzie, którzy uwierzą, wyciągani przez Apostołów z Piotrem na czele z głębin demona, z grzechu. Jednak perykopa ma też znaczenie osobiste, jednostkowe. Nie wykorzystam żadnej łaski, żadnego obfitego połowu, jeśli nie będę wpatrzona i zasłuchania w Pana Jezusa. Mogę nawet zostać obdarowana przez Boga, ale sama tego nie uniosę, łaska może iść na zmarnowanie, jeśli najpierw nie zadbam, żeby codziennie rozpoznać Boga tuż przy mnie, a nawet we mnie przez Komunię. 

2. Piotr, ubierający się tuż przed skokiem w wodę. Piszą, że albo z szacunku, albo że z radości nie wiedział, co właściwie robi. A może inaczej... Może jak Adam - jeszcze w raju, ale już po grzechu - bezwiednie zakłada ubranie, żeby zakryć się przed Jezusem? Pokorne oznaki czci, bez świadomości siebie, mogą być tylko pobożną zasłoną przed Bogiem. Tak, żeby nie pokazać Mu się w prawdzie o sobie, o grzechu. A przecież przed Nim wszystko jest nagie i odsłonięte (por. Hbr 4,13)

poniedziałek, 27 lutego 2023

Wojna trwa

 Wojna odbija się w moich oczach na twarzach dzieci, które spotkałam. Piszę, żeby nie zapomnieć. Pielęgnować pamięć, tak jak pielęgnowali ją moi Dziadkowie. Żeby przekazać dalej, że najpierw człowieczeństwo i życie Chrztem, a potem historyczne spory. 




Wojna zapisana na twarzy małego chłopca, który uciekał wczesnym rankiem z Kijowa z Mamą i Babcią. Kiedy przyjechali po dwóch dobach pod mój dom był zbyt zmęczony i przestraszony, żeby wyjść z samochodu i przestać płakać. 

Odbita na buzi Noworodka, który w drugim tygodniu swojego maleńkiego życia wylądował z Mamą w piwnicy, a dookoła szalało piekło. Przyjechał wtulony w Mamę do Polski. To od niego i jego Mamy nauczyłam się, że wózek to kolaska, a miłość matki przedkłada dobro dzieciątka nad własną wygodę, zawsze. 

Chłopca i Dziewczynki, 10 i 11 lat. Z bombardowanego Charkowa uciekli z Mamą pociągiem, do którego cudem udało się wejść. Pamiętacie jeszcze obrazy niemożliwie zatłoczonych dworców? Oni stali godzinami w tym tłumie. Pamiętam ich skamieniałe ciała i przerażone oczy, kiedy na spacerze w lesie usłyszeli przelatujący samolot. Potem łapiąc pierwsze promienie wiosennego słońca na chorwackiej plaży znowu struchleli, bo przeleciał helikopter. 

Sześciolatki, która bardzo tęskni za Tatą. Z dumą mówi: Tato jest żołnierzem, broni nas przed Putinem. 

Pięciolatka, który schodząc na naszą bałtycką plażę pytał "A nie będą nas tu bombić?" - bo jest znad Morza Czarnego i morze kojarzy mu się z niebezpieczeństwem. 

Jego dzielnych Sióstr, które poszły do polskiej podstawówki, nauczyły się polskiego i nauczyły polskich rówieśników, że "jestem Ukrainką, ale mam imię". I tej starszej, która też codziennie walczy o normalność. 

Naszych dzielnych Nastolatków, którzy w nowej rzeczywistości znaleźli hobby, kumpli, nauczyli się naprawiać drobne usterki w samochodzie i wspierać swoją wspaniałą Mamę. 


Marzę, żeby każde z nich mogło wrócić do swojego domu. Normalnego, szczęśliwego.  Wolnego.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Toksyczna pamięć

 Kiedy piszę tę notkę, zegar powoli dobija do północy, za chwilę data zmieni się na 11 lipca, wbije kolejna rocznica Krwawej Niedzieli na Wołyniu. O moim związku z tym dniem pisałam rok temu, apelując o pamięć o pomordowanych. Dzisiaj okoliczności obchodu są już diametralnie inne, a pamięć stała się narzędziem gorszących ataków słownych. 

Od chwili inwazji putinowskiej Rosji na Ukrainę raz po raz pojawiają się głosy, że Ukraińcy mają natychmiast przeprosić za Wołyń. Bo pomagamy. Bo przyjęliśmy te 4 miliony uchodźców. Już natychmiast, mają przeprosić, najlepiej, gdyby prezydent Zeleński gołymi rękoma dokonał ekshumacji ofiar banderowców. A jeśli nie, to niech przynajmniej zmęczone matki straumatyzowanych bombardowaniami dzieci przybiorą wygląd lichy i ponury, stojąc w kolejce po naszą wielkoduszną, chrześcijańską pomoc. 

Widzisz na ulicy sąsiada zaatakowanego przez silniejszego od niego zbira. Zamiast pomóc, krzyczysz o zbrodniach jego dziadka. Absurdalne, prawda? Tego jednak część naszego społeczeństwa oczekuje od reszty w związku z uchodźcami z Ukrainy. Boli mnie niepomiernie, że zazwyczaj to konserwatyści, a nawet osoby związane z ideą Tradycji katolickiej. Zadziwiające, wśród największych krzykaczy znaleźć można też tych, którzy jeszcze rok temu ani nie pamiętali, ani nie uważali historii Wołynia za znaczącą dla Polaków.

Myślę, że dyskusja o Banderze, Szuchewyczu, Szeptyckim, UPA i zbrodniach jest konieczna. Nie da jej się jednak przeprowadzić w momencie, kiedy jej partner znajduje się w stanie wojny. Nie można o zadawnionej traumie rozmawiać, kiedy dzisiaj dzieje się trauma Mariupola, Siewierodoniecka, kiedy czytamy, że także w Charkowie ludzie umierają z głodu. Żadne społeczeństwo nie jest gotowe, żeby redefiniować status swoich bohaterów narodowych w środku wojny, kiedy tysiące mężczyzn giną w obronie swojej Ojczyzny. Domaganie się tego jest naiwne, a przy tym nieludzkie. 

Oczekiwanie przeprosin w zamian za pomoc, która jest naszym ludzkim i chrześcijańskim obowiązkiem, jest niegodne. Niosę pomoc dlatego, że jestem człowiekiem, że prawo natury złożone przez Stwórcę w moim sercu wzywa do wyciągnięcia ręki do uchodźców. Przyjęty Chrzest, jeśli ma być traktowany serio, zobowiązuje mnie do pomocy, bez względu na ewentualne benefity. 

Znaleźliśmy się w momencie historycznym. Nie mam wątpliwości, że kolejne pokolenia będą wspominać tę chwilę, kiedy Polacy otworzyli Ukraińcom swoją granicę i domy. Jedna z kobiet, którą gościliśmy na początku wojny, wyznała, że jechała do Polski z ogromnym lękiem, bo jak to tak, żeby obcy ludzie ją przyjęli. Nigdy nie wyobrażała sobie, że Rosjanie mogą ją napaść, a Polacy przygarnąć.

 Mogliśmy. Uważam to za łaskę Najwyższego, który umożliwia przekraczanie granic wyrosłych w sercach. Sądzę, że pojednanie, jakie rodzi się między naszymi narodami, zaczyna się nie od wielkich politycznych deklaracji i przepracowania pamięci zbrodni, ale od najprostszego, ludzkiego poziomu wzajemnego poznania się na nowo. Dodatkowo należy pamiętać, że dla części Ukraińców historia Wołynia jest zupełnie zapoznana lub wręcz nigdy nieznana. Dla przybyszów z Odessy, Mikołajewa czy Charkowa ona nigdy nie stała się ich historią - często dowiadują się o niej ze zdziwieniem w Polsce. 

Mamy niepowtarzalną okazję, żeby o wspólnej historii rozmawiać przy wspólnym stole. Drobne, codzienne wydarzenia, jak zjedzony razem barszcz "jak u babci" (mojej i gości) staje się w moim domu przyczynkiem do opowieści o tym, że dziadkowie mieszkali kiedyś w "Tarnopolskiej Oblaści" i dlaczego już tam nie mieszkają. 

Czy i kiedy przyniesie to skutek w postaci ogólnonarodowej refleksji wśród Ukraińców? Nie wiem. Mam nadzieję, że życzliwa postawa nie pozostanie bez echa.

Zresztą, wiosną z radością przeczytałam, że w paru wołyńskich wsiach lokalne społeczności z własnej inicjatywy porządkowały polskie cmentarze, te z grobami ofiar Rzezi. To drobny gest, zlekceważony przez środowiska najgłośniej krzyczące w Polsce o Wołyniu. Dla mnie to jednak gest poruszający i profetyczny.

Święty Paweł w Liście do Rzymian napisał: Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście Bożej. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta, Ja wymierzę zapłatę - mówi Pan - ale: Jeżeli nieprzyjaciel Twój cierpi głód - nakarm go. Jeżeli pragnie - napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz nad jego głową. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12, 19-21)


sobota, 25 grudnia 2021

Christus natus est!

 


Z miłości Ojciec przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swojej woli,
Ku chwale majestatu swej łaski, którą nas obdarzył w Umiłowanym. (Ef 1, 5-6).
 
 
W te święte dni życzę zachwytu doświadczenia bycia wybranym dzieckiem w przychodzącym Dziecięciu. Przytulenia Go w Komunii i świętowaniu w Bożej Rodzinie.
A. 

niedziela, 26 września 2021

Zdrówka, bo zdrowie jest najważniejsze

 XXVI Niedziela Zwykła
Lb 11, 25-29 Ps 19 Jk 5, 16-5 J 17, 17ba Mk 9, 38-48

Nie wiem, ile razy przy różnych okazjach słyszałam "zdrowie jest najważniejsze". Często w formie życzeń, składanych z dobrymi intencjami. Problem w tym, że zdrowa nie jestem - wręcz przeciwnie, choruję przewlekle. Nieraz pytam, czy skoro zdrowie jest najważniejsze, to jestem już przegrana, skazana na smutek i frustrację. Mimo choroby jestem szczęśliwa.

Pan Jezus mówi: odetnij rękę, wyłup oko, nie daj sobie odebrać bliskości ze Mną. Czyli jednak nie o zdrowie w życiu idzie, tylko o wspólnotę z Bogiem Najwyższym, o ukrycie w Syny, który zdrowie oddał do cna na krzyżu.

I jeszcze to zdanie: Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. Zdanie, które stało się usprawiedliwieniem aliansów z heretykami, wspólnych modlitw, na których głosi się tezy sprzeczne z Objawieniem... modlitw, w czasie których uzdrowienie jest najważniejsze, ważniejsze od chwały Bożej. Jednak Pan Jezus wyraźnie zaznacza najpierw: Nikt, kto uczyni cud w imię moje, nie będzie mógł zaraz mówić źle o Mnie. Każda herezja jest mówieniem źle o Bogu, jest zakłamaniem prawdy o Nim. Jeśli ktoś głosi błędną naukę, nie jest z Nim, nie jest z nami, z Kościołem. W czyje imię więc czyni więc cuda?

W aklamacji śpiewamy: Słowo Twoje, Panie, jest prawdą, uświęć nas w prawdzie. Przyjęcie prawdy o Bogu, ukrycie w Nim każdego cierpienia i niepokoju - to jest prawdziwy cud uzdrowienia od nieznośności życia, którego szukam. Poznania tej prawdy chce dla nas Bóg - tak jak wyczuł to Mojżesz. W pierwszym czytaniu mówi: Oby tak cały lud Pana prorokował, oby Pan dał mu swego ducha".

sobota, 18 września 2021

Parę uwag do Raportu Komisji eksperckiej dotyczącej działania Pawła M. oraz instytucji Prowincji w jego sprawie

 15 września 2021 roku oficjalnie opublikowano raport Komisji eksperckiej dotyczącej działania Pawła M.  oraz instytucji Prowincji  w jego sprawie prowadzonej przez pana Tomasza Terlikowskiego. Powołanie niezależnej komisji w sprawie nadużyć seksualnych stanowi w polskim Kościele precedens, dlatego ze szczególnym zainteresowaniem zapoznałam się z owocem jej działania. Poniżej podzielę się kilkoma refleksjami z lektury raportu.

Zacznę jednak od samej Komisji eksperckiej oraz jej składu personalnego. Komisja została powołana przez prowincjała Zakonu Kaznodziejów (dominikanów) w Polsce, o. Pawła Kozackiego. Z jego woli przewodniczącym został dr Tomasz Terlikowski, znany jako katolicki publicysta. Nie jest tajemnicą jego zaangażowanie w życie polskiego Kościoła. Redaktor Terlikowski samodzielnie dobrał pozostałych członków komisji. Wśród nich znalazł się m.in. dr hab. adw. Michał Królikowski, także znany ze swojego żywego zaangażowania w sprawy Kościoła, a także o. Jakub Kołacz SJ oraz ks dr Michał Wieczorek.
Skład komisji budzi moje podstawowe zastrzeżenie . O ile nie dziwi powołanie księży kanonistów czy świeckich teologów do zbadania sprawy w zakresie zagadnień prawnokanonicznych oraz teologicznych, to wydaje się, że dla równowagi oraz zapewnienia w pełni obiektywnego spojrzenia pożądanym byłoby zaproszenie do niej świeckiego prawnika na co dzień nie zaangażowanego w środowiska kościelne. Taki był modus operandi komisji francuskiej, na której przykład wielokrotnie się powoływano.

W samym raporcie skupiono się zasadniczo na analizie odpowiedzialności sprawcy zbrodni seksualnych oraz prawnokanonicznych Pawle M. oraz prowincjałów: o. Macieja Zięby, o. Krzysztofa Popławskiego oraz o. Pawła Kozackiego. 

1) Raport pomija odpowiedzialność pozostałych braci dominikanów w zakresie zaniechania reakcji na czyny Pawła M. Autorzy ograniczają się jedynie do miękkich rekomendacji odnośnie uwrażliwienia członków prowincji na przyszłość co do możliwych nadużyć. 

W treści zeznań świadków, w tym dominikanów, zawartych w raporcie, jasno wynika, że członkowie wrocławskiej wspólnoty klasztornej mieli świadomość, że na terenie klasztoru dzieją się rzeczy co najmniej niepokojące. 

Dokumenty klasztorne (zapisy z Kapituły Klasztornej z 28 września 1998 r.) sugerują jednak, że dla niektórych ojców problemem było, że w klasztorze mieszkają kobiety. Paweł M. odpowiadał, że stanowią one zalążek przyszłego zgromadzenia zakonnego. (s.36)

 Opis zaskakujących praktyk jest bardzo szczegółowy i sugerujący, że działania Pawła M. i Wspólnoty św. Dominika nie powinny ubiec uwadze klasztoru. Głośne, niekiedy całonocne modlitwy odbywały się wewnątrz mniejszego niż obecnie klasztoru, a świadkami wielu wydarzeń byli inni dominikanie, którzy żartowali z nich lub je ignorowali. W zeznaniach wobec Komisji ówczesny przeor twierdzi, że niczego zaskakującego czy dziwnego nie zauważył. Świadkowie rozmawiający z Komisją zastrzegają jednak, że przeor miał wówczas problem alkoholowy, w którego ukrywaniu pomagali także członkowie Wspólnoty św. Dominika.  (s.38)

 Została ona zamknięta na dziewięć dni w „oczku” – małym pomieszczeniu przy duszpasterstwie, gdzie – wedle jej relacji – miała pościć o chlebie i wodzie; była tam wielokrotnie gwałcona przez Pawła M. Zbliżenia seksualne były interpretowane przez zakonnika nie tylko jako pokuta, ale także cierpienie wstawienncze, czyli zastępcze. Miały być ofiarą składaną przez niego samego i gwałconą kobietę za grzechy oraz w celu uzdrowienia duchowego, a nawet fizycznego innych osób (s. 93)

 Z tych fragmentów (oraz pozostałych zeznań powoływanych w raporcie) rysuje się obraz wspólnoty klasztornej, która nie podejmowała odpowiedzialności za jej kształt oraz oddziaływanie na zewnątrz. Wydaje się, że podstawowym sposobem funkcjonowania braci było unikanie problemów, a potrzeba konfrontacji z nimi była zbijana śmiechem. Całość jawi się niedojrzale, niczym grupa nastolatków, która wobec prześladowania jednego z kolegów w klasie, wszystko obraca nerwowo w żart. Niestety, zbrodnie dziejące się na terenie klasztoru żartem nie były.

W okresie wrocławskim znalazł się tylko jeden sygnalista, o. Marcin Mogielski. Rodzi się wobec tego pytanie - czy i w jaki sposób zostanie wyegzekwowana odpowiedzialność pozostałych członków wspólnoty klasztornej za milczące przyzwolenie na zbrodnie? Czy na poziomie prowincji zostaną wprowadzone procedury mające umożliwić sprawną i skuteczną reakcję wobec choroby alkoholowej przełożonych klasztornych, która nie tylko dezorganizuje życie wspólnoty, ale także kształtuje przestrzeń braku kontroli wobec powierzonych przeorowi braci?

2) Kwestie prawne
Szczegółowe przebieg działań prawnych wobec Pawła M. opisano w raporcie. Ograniczę się jedynie do kilku uwag krytycznych.

Komisja uznała, że winę o. Krzysztofa Popławskiego oraz o. Pawła Kozackiego znosi bądź znacząco ogranicza wprowadzenie ich w błąd co do prawa przez prawników prowincji, w tym na końcowym etapie sprawy o. Mirosława Sandera.

Opis stanu faktycznego w zakresie prowadzonych postępowań oraz aktów prawnokanonicznych wydawanych wobec Pawła M. wskazuje nie tylko na nieznajomość prawa kanonicznego przez kolejnych prowincjałów, ale na ich rażąco lekceważące podejście do kwestii prawnych.

Fundamentalny akt prawny, wydany przez o. Macieja Ziębę z dnia 26 czerwca 2000 r. urąga zasadom sporządzania tego typu pism. Nie mówimy tu o drobnej nieścisłości, błędzie w powołaniu przepisów czy pewnego rodzaju braku precyzji. Pismo to, ze względu na fundamentalne braki formalne i merytoryczne jest nieważne w obiegu prawnym. Dokument nawet dla osoby mającej elementarne pojęcie o prawie już na pierwszy rzut oka musi wzbudzić choćby wątpliwości. 


Jestem skłonna przyjąć, że prowincjał nie musi legitymować się szczegółową znajomością prawa kanonicznego oraz świeckiego. Jednak szokuje mnie zupełna ignorancja poszczególnych osób piastujących ten urząd. Co więcej, do refleksji nie pobudziła ani o. Popławskiego ani o. Kozackiego korespondencja prowadzona z o. Bruno Cadore w ramach postępowania w sprawie rekursu Pawła M. do generała dominikanów. 

W trakcie postępowania generał pytał prowincjała o podstawę prawną wydanego dekretu, o. Popławski nie potrafił jej wskazać. Raport wskazuje jedynie urywki korespondencji między zakonnikami. W treści analizy komisji wynika jednak, że generał zakonu nabył świadomość, że wobec Pawła M. nigdy nie przeprowadzono kanonicznego postępowania sądowo-karnego lub administracyjno-karnego. Możliwości są dwie - albo także Generał wraz z doradcami nie dostrzegł rażących uchybień prawnych, na których zawisła późniejsza indolencja prowincjałów - albo wady te dostrzegł i wytknął, lecz o. Popławski nic z tym nie zrobił. Obie wersje są jednakowo przerażające.

Należy jednak założyć, że po korespondencji z generałem zakonu o. Popławski miał już świadomość (lub działając z należytą starannością mieć powinien), że wydawane przez niego dekrety wobec Pawła M. są nieprawidłowe. To powinno wzbudzić w nim, przy zachowaniu minimum staranności i rzetelności oczekiwanej wobec piastuna wyższego urzędu zakonnego, wątpliwości co do prawidłowości porad prawnych udzielanych przez powołanych przez niego doradców. Raport nie wskazuje na choćby cień takich wątpliwości. Ojciec Popławski, a później o. Kozacki działali w ślepym i bezpodstawnym zaufaniu do doradców prawnych, ignorując wszelkie sygnały wskazujące na ich niekompetencję.

Razi jeszcze jedno. Mając na uwadze ciężar gatunkowy zbrodni dokonywanych przez Pawła M. (nawet ograniczając je o solicytację i zdradę tajemnicy spowiedzi, których popełnienia prowincjałowie nie mieli świadomości) prowincjałowie winni byli aktywnie poszukiwać możliwości ukarania sprawcy oraz wydalenia go z zakonu. Niestety, otrzymując od doradców prawnych mętny komunikat "nie da się" - nie podejmowali prób poszukania rozwiązań z innymi ekspertami z zakresu prawa kanonicznego. Przy ogromie wyrządzonego zła taka postawa unikania szokuje i budzi zażenowanie.

Raport nie wskazuje także na jakiekolwiek próby ustalenia odpowiedzialności na gruncie prawa świeckiego - zarówno karnej wobec Pawła M., a także jego cywilnej oraz odszkodowawczej zakonu. Trudno nazwać to inaczej, niż rażącą lekkomyślnością.

Oburzenie budzi zeznanie oficjała oznaczonego w raporcie jako op12:

Dokładnie sprawdzaliśmy, czy nie padło słowo gwałt. Ale po jakimś czasie odnaleźliśmy jakieś słowo o podobnym znaczeniu, niewyraźnie napisane. Raczej rozumieliśmy to jako manipulację psychologiczną, skłonienie do współżycia tą drogą. Nie przemocą. Jestem przekonany, że Maciej nie uważał zachowań opisanych w relacjach świadków jako zgwałcenia. Dojrzałość ofiar i ich świadomość wykluczała możliwość takiego mocnego podporządkowania, by dochodziło do poddania się współżyciu seksualnemu bez zgody, albo że zgoda ta była nieważna, niepełna. Nie zwróciłem większej uwagi na nadużycie sakramentu spowiedzi w świetle relacji pokrzywdzonych. Podczas pierwszej lektury zeznań w marcu 2021 r. pytałem się op 21 (o. Mirosław Sander, prawnik prowincji - dop. własny), czy to była solicytacja. Odpowiedział, o ile pamiętam, że nie w sensie dosłownym, ale jest to jakiś jej rodzaj. Bardziej skoncentrowaliśmy się na wątku współżycia na ołtarzu, który pojawił się w jakimś wywiadzie prasowym. Byłem nawet we Wrocławiu i starałem się ustalić, na którym to miało miejsce, i zastanawialiśmy się, czy nie trzeba podjąć jakichś czynności kanonicznych związanych z miejscem. (s.187)

Świadczą one o braku elementarnej wiedzy prawnej, a nawet podstawowego wyczucia językowego oraz ludzkiego. Odrobina empatii i doświadczenia życiowego powinna wystarczyć do przyjęcia, że ofiara zgwałcenia często opisuje to zdarzenie używając eufemizmów, odruchowo chroniąc w ten sposób własną godność. Nieodpowiedzialne i lekkomyślne jest także podejmowanie próby oceny wydarzeń w świetle prawa świeckiego, nie mając o nim pojęcia. Próba, jak jasno wskazuje to raport - okazała się chybiona, gdyż w sposób oczywisty analizowane świadectwa ofiar opisywały liczne zgwałcenia.
Podobnie zadziwia brak reakcji prowincjała na mętna odpowiedź prawnika prowincji o przestępstwo solicytacji ("jakiś jej rodzaj"). Korzystający z pomocy doradcy prawnego, dostrzegając jego niepewność i niekompetencję, winien był zwrócić się do innego eksperta po jednoznaczną poradę prawną.

Być może w innych okolicznościach politowanie wzbudziłoby zdanie wypowiedziane przez komisją przez o. Mirosława Sandera:

Sprawa nie była przeprowadzona dobrze. Kontekst jest jednak taki, że kanoniczne prawo karne istnieje od 2001 roku i miałem wrażenie, że całość spraw została zawarta w tym wyrażeniu. (s. 188).


Wobec powyższego nie sposób ekskulpować o. Krzysztofa Popławskiego oraz o. Pawła Kozackiego od odpowiedzialności za zaniedbania w sprawie Pawła M. Wykazali się oni w swoich działaniach nie tylko nieznajomością podstaw prawa, ale przede wszystkim rażącą lekkomyślnością w korzystaniu z pomocy niekompetentnych doradców prawnych. Mimo okazji do zauważenia swojej i ich nieudolności, w zaparte trzymali się raz podjętego sposobu działania, nie dopuszczając nawet myśli o możliwości jego weryfikacji. Od osób piastujących wyższe urzędy zakonne wymagać można zaś rzetelności i roztropności w działaniu.


3) Kwestia kościoła św. Wojciecha

Bardziej skoncentrowaliśmy się na wątku współżycia na ołtarzu, który pojawił się w jakimś wywiadzie prasowym. Byłem nawet we Wrocławiu i starałem się ustalić, na którym to miało miejsce, i zastanawialiśmy się, czy nie trzeba podjąć jakichś czynności kanonicznych związanych z miejscem. 

 Zdarzenie zgwałcenia na ołtarzu w kaplicy św. Józefa, będącej częścią kościoła św. Wojciecha we Wrocławiu pojawia się parokrotnie w raporcie. Opisywane są także liczne zgwałcenia na terenie klasztoru, w zakrystii, w bliżej nieokreślonych miejscach przed Mszami św. w kościele św. Wojciecha.
Te fakty domagają się zdecydowanej reakcji ze strony prowincjała a także biskupa wrocławskiego. Kościół św. Wojciecha wymaga rekonsekracji wobec dokonanych w nim zbrodni. Potrzebna jest także ekspiacja. Na razie bracia dominikanie ograniczyli się do zastanawiania się.
Pomimo obecności w komisji księży i teologów to zaniedbanie nie zostało wytknięte.



    Refleksje spisałam na gorąco po lekturze całości raportu.

niedziela, 12 września 2021

Bez umizgów

 XXIV Niedziela Zwykła, Iz 50, 5-9a (dla jasności - tekst ucięty na początku i końcu, bo czemuż by nie, prawda?), Ps 116a, Jk 2, 14-18, Mk 8, 27-35

W dzisiejszym zestawie czytań Mszalnych uderzył mnie twardy realizm Słowa Bożego. Trzecia Pieśń Sługi Jahwe opisuje los tego, któremu Pan Bóg otworzył ucho. Los pełen odrzucenia, szyderstwa, ale też doświadczenia Bożej mocy. Potem Jakub pisze o wierze objawiającej się w konkretnych uczynkach, a nie pobożnym wyglądzie. Na koniec Ewangelia i zapowiedź męki. 

Marek odnotował, że dzisiejsza scena odbyła się gdzieś na wsi, pod Cezareą Filipową. Wielu komentatorów zwraca uwagę, że Cezarea była ośrodkiem pogańskiego kultu, najpierw Baala, a potem greckiego Pana. To koresponduje z pytaniem Pana Jezusa o Jego tożsamość i wyznaniem Piotra - w obliczu nieistniejących bóstw Apostoł wyznaje wiarę w Boga Jedynego i Wcielonego.

Pomyślałam dzisiaj jednak o innym tropie znaczeniowym tego faktu geograficznego. Miasto przed rozbudową przez Filipa nosiło nazwę Paneas. To tam Herod Wielki zbudował marmurową świątynię na cześć Cezara Augusta. To pierwszy akt pochlebstwa wobec pogańskiego władcy. Kiedy władzę objął jego syn, Filip właśnie, na jego polecenie zmieniono nazwę na Cezareę, dla rozróżniania od już istniejącej dodając przydawkę Filipowa. Dialog toczy się więc pod miastem pochlebców, pod wielkim pomnikiem lizusostwa wykorzystywanego do zrobienia kariery politycznej.

Pan Jezus pytając: Za kogo wy mnie uważacie? nie oczekuje pochlebstw. Nie reaguje na wcześniejsze sprawozdanie z opinii publicznej, widzącej w Nim proroka, nawet Eliasza. Czeka na wyznanie prawdziwe. Kiedy je uzyskał, sam nie sięgnął po przyjemną, ulukrowaną wizję przyszłości, żeby umilić uczniom drogę za Sobą. Pada zapowiedź męki.

Dalej jest jeszcze trudniej. Jezus nijak nie próbuje przypodobać się uczniom (już nie tylko gronu Dwunastu). Zamiast taniego lizusowstwa i obietnicy lekkiego życia, pada obietnica krzyża i utraty życia. Żadnej prosperity gospel, zapowiedzi sukcesu i spokoju na miarę aktualnych warunków. Chrystus nie prowadzi umizgów w stosunku do uczniów. Obiecuje krzyż, trudy życia aż do jego utraty... i Swoją bliskość (kto chce pójść za Mną).

To bardzo urealnia, stawia na nogi i odrywa od wyobrażeniowego stosunku do konkretu swojego życia. Wziąć swój krzyż, swoje trudności, chorobę, niedostatki. Te konkretne, tu i teraz. To jest gwarancją życia z Bogiem, które będzie owocowało w uczynkach pochodzących z wiary, o których pisze Jakub. Ucieczka przed krzyżem, przed życiem, zawsze będzie ucieczką przez wiarą objawiającą się w uczynkach. To bardzo prosty weryfikator. Wiara martwa, bez uczynków, łatwo może ukryć się w życiu człowieka, który ucieka od swojego krzyża. Ta ukonkretniona w uczynkach świadczy o tym, że konfrontuję się z krzyżem mojej codzienności i szukam w nim bliskości żywego Boga.

poniedziałek, 6 września 2021

Szabat w pełni

Łk 6, 6-11, Kol 1, 24 - 2, 3

 O, jak mnie zachwyciła dzisiejsza Ewangelia!

Jezus uzdrawia w szabat - jakby nie mógł wejść w odpoczynek siódmego, dopóki ten człowiek z uschłą ręką nie zostanie przywrócony do pierwotnej pełni - gr. apokatestathē, dopóki nie stanie się bardzo dobry, jak na początku stworzenia. To zapowiedź krzyża i odkupienia - dzięki Jego ofierze każdy będzie miał możliwość odrodzenia się i obmycia w Krwi Baranka. Na razie pojawia się tylko znak odzyskania fizycznej integralności. Pełnią będzie człowiek doskonały w Chrystusie, jak pisze Paweł do Kolosan.
I ta uschła ręka. Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie, niech mi uschnie moja prawica -Ps 137 5. Uzdrowienie drętwej ręki to znak uzdrowienia z niepamięci o Bogu, z braku troski o Niego, o Kościół, z mojej nieważności i lekkomyślności wobec Niego. To dar Ducha Świętego wzbudzającego we mnie świętą bojaźń, aby nie stracić mojego Boga.
Niech mi się stanie!

niedziela, 29 sierpnia 2021

Jak nieczysty do źródła miłosierdzia

 XXII Niedziela zwykła

Pwt 4, 1-2.6-8 Ps 15 Jk 1, 17-22.27 Mk 7, 1-8.14-15.21-23

W tradycyjnie odmawianej przed Mszą św. modlitwie św. Tomasza z Akwinu pada stwierdzenie, że zbliżamy się do najświętszych tajemnic Syna Bożego jak nieczysty do źródła miłosierdzia. Pomyślałam o tym czytając dzisiejszą liturgię Słowa.

W Ewangelii znajdujemy dialog faryzeuszów z Jezusem, rozpoczynający się od ich oskarżenia, że uczniowie biorą posiłek nieczystymi rękoma. Bliższe dosłownemu brzmieniu tekstu jest tłumaczenie Biblii Pierwszego Kościoła: jedzą chleb splamionymi, to jest nie obmytymi, rękami. Zarzut odwołuje się wprost do sceny opisanej w poprzednim rozdziale, czyli rozmnożenia chleba dla pięciu tysięcy mężczyzn słuchających Chrystusa na pustkowiu. Prawdopodobne jest, że warunki sprzyjały niezachowaniu rytualnych wymogów czystości.

Tylko... skąd te wymagania? Tora wymagała takich obmyć (rąk i stóp) przed składaniem ofiary przez kapłana - Wj 30, 17-21 - oraz przed spożyciem przez kapłanów rytualnych ofiar - Lb 18, 11-13. Rozszerzenie tego nakazu na każdego żyda to ustna tradycja faryzejska. W intencji miała wskazywać, że każdy posiłek ma wymiar religijny. 

Tu jednak widać, że tradycja, nie oparta w woli Bożej, może zaciemniać widzenie. Nakarmiony tłum uczestniczył w cudzie, w posiłku głęboko Bożym, ba! - zapowiadającym najważniejszą Ucztę eucharystyczną. Faryzeusze nie potrafią tego dostrzec, bo skupili się na zewnętrznej nieczystości w aspekcie, który najłatwiej zauważyć.

Pan Jezus wskazuje na nieczystość serca - to ona stanowi przeszkodę w oddawaniu chwały Bogu, a więc uniemożliwia udział w czynnościach religijnych.

Temat pojawia się też w drugim czytaniu. Jakub pisze o konieczności odrzucenia nieczystości serca. Drogą do tego ma być Słowo, które ma moc zbawić dusze wasze.  Słowo nie tylko wysłuchane, ale wprowadzone w czyn. To wykracza poza prosty gest obmycia rąk. Wykonanie Słowa Bożego wymaga działania, które przynosi poznanie siebie. Zmagam się ze Słowem, zmagam się z przykazaniami Bożymi - wtedy mam szansę zrozumieć, że przychodzę jak nieczysty do źródła miłosierdzia.  Jakub zaczyna czytaną dziś perykopę od zachwytu: Każde dobro, jakie otrzymujemy, i wszelki dar doskonały zstępują z góry, od Ojca świateł. Odpowiedzią na wewnętrzną nieczystość jest Boże działanie we mnie,  przez Jego dar, pełny i doskonały we mnie. Do tego odkrycia ma mnie doprowadzić konstatacja własnej wewnętrznej nieczystości (a nie ma szans - konieczność zachowania zewnętrznego rytuału).

Przychodzę jak nieczysty - wszystko mam w Panu Jezusie. Nie mam swojej czystości, mam tylko wnętrze obmyte we Krwi Baranka. Wszystko mam od Niego.

Psalmista wychwala dzisiaj człowieka prawego - ten zamieszka w domu Pana. Ten, kto postępuje nienagannie i działa sprawiedliwe, kto mówi prawdę w swym sercu (...), kto dotrzyma przysięgi niekorzystnej dla siebie. Kto może powiedzieć o sobie, że zawsze w ten sposób żyje? Żaden grzesznik. Uderzyło mnie to dzisiaj, kiedy słuchałam wersu o wierności niekorzystnej przysiędze. Tylko Bóg w całości wypełnił zalecenia tego psalmu, kiedy zgodnie z obietnicą z protoewangelii, wielokrotnie później powtarzaną, stał się Człowiekiem w Jezusie. Tylko złączona z Nim mogę tego doświadczyć. 



Wszechmogący, wieczny Boże! Oto zbliżam się do najświętszych tajemnic Twojego Syna Jednorodzonego, naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Zbliżam się do nich jak chory do lekarza życia, jak nieczysty do źródła miłosierdzia, jak ślepy do światła wiecznej jasności, jak ubogi i nędzny do Pana nieba i ziemi.
Błagam Cię, Panie, abyś dzięki swej hojności i dobroci uleczył moją słabość, obmył moje grzechy, rozświetlił moje mroki, wzbogacił moje ubóstwo i okrył nagość moją, abym mógł przyjmować chleb aniołów, Króla nad królami i Pana nad panami z taką czcią i pokorą, skruchą i pobożnością, z taką czystością i wiarą, z takim skupieniem i uwagą, jak tego wymaga cześć dla tego Chleba i moje zbawienie.
Spraw łaskawie, abym przyjął nie tylko znak zewnętrzny sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej, lecz istotę i całą moc tego sakramentu. Najłaskawszy Boże, daj mi tak przyjąć ciało Twego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa, które wziął On z Maryi Dziewicy, abym mógł być włączony w Jego Ciało mistyczne i zaliczony między Jego członki.
Ojcze najmilszy, pozwól mi wiecznie wpatrywać się bez zasłony w oblicze umiłowanego Syna Twojego, którego teraz w czasie ziemskiej wędrówki pragnę przyjąć pod postacią Chleba. Amen.



poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Jak On może...!

 XXI Niedziela Zwykła
Joz 24, 1-2a. 15-17.18b
Ps 34
Ef 5, 21-32
J 6, 55. 60-69

Jak widać po siglach dzisiejsze czytania mszalne po raz kolejny padły ofiarą liturgisty z nożyczkami. Ponieważ uważam, że cenzurowanie Słowa Bożego jest niegodziwe i bez sensu, będę odnosiła się do całych perykop, łącznie z wyciętymi wersami.

U Jana czytamy końcówkę szóstego rozdziału, zakończenie Mowy Eucharystycznej i reakcje słuchających na nią. Osią perykopy jest stwierdzenie Trudna jest to mowa. Kto jej może słuchać. Warto więc przyjrzeć się temu, co tak zbulwersowało słuchaczy.

Etapy narastającego wzburzenia żydów w całym 6 rozdziale są trzy: 

1) wersy 41-42 - Żydzi szemrali przeciwko Niemu, dlatego że powiedział "Ja jestem chlebem, który z nieba zstąpił". I mówili "Czyż to nie Jezus, syn Józefa, którego ojca i matkę my znamy? Jakżeż może on teraz mówić: Z nieba zstąpiłem".
Widać tu pierwsze rozejście się Jezusa ze słuchaczami - On myśli w kategoriach nadprzyrodzonych, oni wyłącznie ziemskich. Konflikt jednak narasta.

2) wers 52 - Jak On może dać nam swoje ciało do jedzenia?
Spożywanie ludzkiego ciała było zupełnie nie do pomyślenia. Spożywanie jakiejkolwiek krwi, nawet zwierzęcej, zabronione przez Torę.

3) wers 60 i 66 - Trudna jest to mowa. Kto jej może słuchać.(...) Od tego czasu wielu jego uczniów odeszło i już z Nim nie chodziło.
Nie może być to reakcja tylko na dwa poprzednie problemy (niebiańskie pochodzenie Jezusa oraz Ciało wydane na pokarm). Nieufność eskalowała, aż do opuszczenia Mistrza, musiał pojawić się jakiś nowy punkt zapalny.

W części od wersu 53 Jezus przedstawia sens Eucharystii, sens spożywania Jego Ciała i picia Krwi: Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie (J 6, 57). Słuchacze zaczynają rozumieć, że Jezus po pierwsze uważa się za posiadającego życie właściwe Bogu (a więc Kogoś równego Mu). Ale to jeszcze nie tak bulwersujące - On mówi, że inni będą mieli udział w takim życiu, a więc w bóstwie Jedynego. To już nie do przyjęcia. Życie w Trójcy przez złączenie z Synem, to staje się zarzewiem buntu żydów. Bóg w ich optyce jest jeden, może i wychodzący do swojego ludu z przymierzem, ale wciąż niedosiężny. Kto zobaczy Boga, musi umrzeć. Jak bardzo trzeba zaufać rabbiemu z Nazaretu, żeby przyjąć prawdę o wspólnocie życia z Bogiem?

Wielu uczniów odchodzi, gr. apelthon eis ta opiso - dosłownie: poszło do tyłu. To ten sam zwrot, którym Jezus powołuje: Pójdź za mną! Tylko oni robią zupełnie inaczej - odwracają się i już z Nim nie chodzą. Jakby przewrotnie powoływali samych siebie.

Przed tym kryzysem stawiani są też apostołowie. Pytanie Czy i wy chcecie odejść? brzmi dla mnie jak jedno z najdramatyczniejszych w Biblii. Krótkie, jak cięcie nożem, zdecydowane, albo-albo. Odpowiedź na pytanie o Eucharystię i życie w Trójcy przez uczestnictwo w niej - jak podstawowy weryfikator pójścia za Chrystusem.
Piotr zrozumiał. W odpowiedzi mówi o słowach życia wiecznego (gr. zoes aioniou)  i o mesjańskiej misji Jezusa (Ty jesteś Świętym Bożym). Życie wieczne to przymiot należny tylko Bogu. To nie życie w jego doczesnym, fizycznym wymiarze, gr. bios. Bardziej życie samo w sobie. Jezus o nim opowiada, a więc ma do niego dostęp - więcej, proponuje jego dostępność dla tych, którzy idą za Nim.

W drugim czytaniu św. Paweł komentuje, przytaczając przykład jedności małżeńskiej: Jesteśmy członkami Jego Ciała.

Najbardziej wzruszająca, najpiękniejsza, fascynująca Tajemnica. Życie niebem, życie życiem wiecznym już tutaj, o ile karmię się Jego Ciałem. Życie w zjednoczeniu z Ojcem, przez Syna, w Duchu Świętym - tu, teraz, kiedy pijąc herbatę piszę ten tekst.

 

niedziela, 15 sierpnia 2021

Judyt Wniebowzięta

 Jdt 13, 22-25. 15, 10 (Vlg)
graduał Ps 44, 11-12.14 (Vlg)
Łk 1, 41-50

Liturgia Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w klasycznym rycie rzymskim zestawia ze sobą dwie kobiety: Maryję i jej starotestamentalny typ, Judytę.

Matriarchini Izraela jest mi szczególnie bliska. W jej historii jak w zwierciadle odbija się Matka Jezusa - Niewiasta mężna, chroniąca swój lud. W starej opowieści widać szczegóły, które ewangelie dyskretnie tylko ukazują w życiu Maryi.

Księga Judyty opisuje historię zbrojnego ataku wojsk asyryjskich pod wodzą Holofernesa na Judeę i okoliczne narody. Zgodnie z poleceniem najwyższego kapłana Joakima Izraelczycy powzięli post i modlitwę w intencji ocalenia. Równolegle z nimi rozpoczęto przygotowania do partyzantki w górach, aby nie dopuścić do przedarcia się wroga do Jerozolimy i świątyni. W łańcuchu obronnym znalazła się Betula, której mieszkańcy mieli chronić pobliską przełęcz górską.
W tle hagiograf kreśli konflikt religijny - król asyryjski Nabuchodonozor (tu Biblia mija się nieco z faktografią, ale nie zaburza to duchowego sensu opowieści) rości sobie prawa do tytułu jedynego bóstwa. Izraelici stają więc nie tylko w obronie swojego kraju, ale także w obronie czci Boga Jedynego.
Wobec partyzantki Holofernes podjął jedyną chyba sensowną decyzję - zamiast walki z rozproszonymi w górach, podjął oblężenie Betulii, odcinając ją od źródeł wody.
Nic tak nie obniża morale, jak pragnienie i głód. Jak można się spodziewać, w Betulii wybuchł bunt. Mieszkańcy zaczęli domagać się zawarcia pokoju z najeźdźcą, nawet za cenę niewoli.

W tych okolicznościach poznajemy Judytę, bogatą wdowę, kobietę równie piękną, co bogobojną, oddaną modlitwie i postom. To ona, słysząc składaną przez Ozjasza obietnicę Bożego ocalenia, podjęła ją i wystąpiła najpierw przeciw szemrającym ziomkom. Przypomniała, że od obrony ich małego przyczółka zależy obrona Miasta Świętego - dzięki temu ostudziła nieco plany poddania Betulii... i obiecała, że za jej sprawą Bóg wyzwoli naród. To zapewnienie tak  zuchwałe w ustach kobiety, że aż groteskowe - jednak ona złożyła je wiedziona Duchem Bożym i to nadawało jej słowom powagi.

Księga zawiera niesamowitą, pełną skruchy, mocy i bezgranicznego zaufania modlitwę Judyty (Jdt 9). Ściąga ona uwagę Boga, argumentuje przywoływanymi historiami biblijnymi, przypomina Mu Jego wcześniejsze interwencje. Odwołuje się do Bożej sprawiedliwości, zawsze wymierzonej przeciw czyniącym zło. W modlitwie słychać jej wzburzenie, ognistą wręcz żarliwość, momentami Judyta przypomina mi lwicę atakującą w obronie młodych. Jednocześnie mówi: daj mojej ręce wdowiej siłę do tego, co zamierzyłam.  Jakby brała Boga pod włos: "jestem tylko wdową, kobietą bez znaczenia, masz okazję zademonstrować, jak jesteś silny, skoro zadziałasz przeze mnie, słabą". Ujmuje mnie ta bezpośredniość.

Modlitwa zostaje wysłuchana. Judyta przedziera się do obozu Holofernesa, udaje dezerterkę, oczarowuje sobą wodza i zostając z nim na noc... odrąbuje mu głowę. Z takim subtelnym trofeum wraca do Betulii. Wrogie wojska uciekają w popłochu, miasteczko oraz kraj zostają uratowane.

W tym miejscu dochodzimy do dzisiejszej lekcji mszalnej zawierającej słowa Ozjasza witającego Judytę:

Pobłogosławił Cię Pan w mocy swojej, bo przez Cię wniwecz obrócił naszych nieprzyjaciół. Błogosławionaś Ty, Córko, przez Pana Boga wysokiego nad wszystkie niewiasty na ziemi. Błogosławiony Pan, który stworzył niebo i ziemię, który Cię skierował na uderzenie w głowę hetmana nieprzyjaciół naszych. Bo dziś imię Twe tak wsławił, iż chwała Twa nigdy nie zejdzie z ust ludzi, którzy pomni będą na wieki mocy Pańskiej. Dla nich to samej siebie nie szczędziłaś z powodu utrapienia i udręki rodu Twojego, lecz zapobiegłaś upadkowi przed obliczem Boga naszego. Tyś chwałą Jeruzalem, Tyś weselem Izraela, Tyś chlubą ludu naszego

Czyli co - Judyta pierwsza feministka? Kobieta, która wpadła na to, że lepiej jest zająć się męskimi sprawami, włożyć symboliczne spodnie i zanegować swoją kobiecość? Ależ nie. Judyta pozostaje w całej historii nader kobieca. Występuje w obronie swoich bliskich, swojej społeczności. Chociaż jest wdową, to bardzo macierzyński rys jej osobowości. Walcząc nie sięga po "męskie" metody, nie mobilizuje wojska, nie zagrzewa innych do walki. Działa metodami, które są jej dostępne - kobiecym urokiem, inteligencją, sprytem, a nade wszystko bezgranicznym zaufaniem Bogu. Nie udaje nikogo kim nie jest - choć paradoksalnie udawanie wykorzystuje w swoim planie. 

 Ta wiara, że Bóg może poprzez złożone w niej charyzmaty wyzwolić Swoją mocą lud, stała się tworzywem cudu. Cudu, który jest ponadczasowy, bo zmagania z Holofernesem to figura walki duchowej, aż do odrąbania łba Złemu, dzięki współpracy z łaską Bożą.



Podobnie Maryja. Samoświadoma, w scenie zwiastowania mówi: jakże się to stanie, skoro nie znam męża? (Łk 1, 34), w Magnificat woła: wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy (Łk 1, 48). Inaczej niż owdowiała Judyta, Maryja sama, z pragnienia serca i pokory, wybiera dziewicze życie - a jednak zachowuje w sobie charyzmat kobiecości i macierzyństwa. Wobec Boga najwyższego staje z pokorą i bojaźnią, ale przecież otwarciem na dialog i na podjęcie działania. Wreszcie, kiedy na krzyżu umiera Jej Syn, ona zachowuje wiarę. Rodzący się Kościół, apostołowie i uczniowie, są zdruzgotani jak mieszkańcy Betulii pozbawionej wody. Im odcięto dostęp do Źródła Wody Życia. Maryja nie ulega przerażeniu, niezachwianą wiarą ucina łeb największej pokusie Złego - zwątpieniu. Wierzy aż po zmartwychwstanie. Przez to staje się, zgodnie z poleceniem Syna, Matką Wierzących.

Maryja, moja Matka w pokusach. Mężna i bezkompromisowa w walce ze Złem. Moja Niepokalana Matka, ucząca świadomości swoich zalet i wad, pokazująca, jak współdziałając z Bogiem wydobyć z nich cud macierzyńskiej troski o Kościół. Maryja, Judyt Wniebowzięta.




piątek, 13 sierpnia 2021

Braki w instynkcie samozachowawczym

 Media zawrzały dzisiaj z powodu wystąpienia bpa Antoniego Długosza podczas Apelu Jasnogórskiego (11.08.2021 r.). Biskup, streszczając skandaliczną przemowę, stwierdził, że denuncjacja księży dopuszczających się zbrodni pedofilskich przez ich przełożonych jest brakiem miłosierdzia i rozminięciem się z charyzmatem biskupa.

Postawę wiernych świeckich oraz duchownych sprzeciwiających się zbrodniom porównał biskup do schizmy wschodniej, reformacji, odłączenia się starokatolików po Vaticanum I (doczepiono do tego szeregu także decyzje abp Lefebvre'a - choć jak wiadomo ani on ani członkowie założonego przez niego bractwa nie pozostają w schizmie). Zaraz potem bluźnierczo zestawił działania dążące do ukarania księży pedofilów ze skazaniem Chrystusa Pana ("uderzą w Pasterza, a rozproszą się owce").

Całość wystąpienia przybrała formę modlitwy skierowanej do Najświętszej Maryi Panny. Była więc nie tylko absurdalnie niedorzeczna, zawierała nie tylko nawoływanie do przestępstwa, ale w swojej formie stanowiła wprost bluźnierstwo. 

Całości przysłuchiwał się tłum świeckich - nikt nie reagował. W kaplicy obok bpa Długosza stało sześciu innych biskupów, w tym bp Wacław Depo i bp Dajczak. Obok przemawiającego znajdował się generał zakonu paulinów o. Chrapkowski. Żaden z nich nie zareagował w żaden sposób. 

Zadziwia mnie ten stupor. Nawet, jeśli żadnemu z wielebnych nie zależy już na chwale Bożej, na tym, żeby pod adresem Jego Matki nie kierowano publicznie gorszących bluźnierstw... Nawet, jeśli są już cyniczni, może nie wierzą, są oziębli, nie widzą sensu sprzeciwu - nie wiem, nie znam ich sumień. Nawet jeśli, przyjmując najbardziej pesymistyczną wersję... Czy jednak instynkt samozachowawczy nie podpowiadał im w tym momencie, czysto merkantylnie i interesownie: stary, to rypnie, media nas rozjadą... To się nie opłaca?.

Mówią, że na głupotę nie ma lekarstwa.

Biblia twierdzi, że na głupotę lekarstwem jest Słowo Boże.

Co będzie lekarstwem na głupotę naszych hierarchów?



wtorek, 10 sierpnia 2021

Wstępowanie w ciemność

 Święto św. Teresy Benedykty od Krzyża, patronki Europy
Oz 2, 16b. 17b. 21-22; Ps 45, Mt 25, 1-13

   
    Już na początku przypowieści panny wychodzą na spotkanie pana młodego. Istnieje interpretacja, zgodnie z którą owe panny były nie tyle oblubienicami czekającymi na zaślubiny, ale młodymi kobietami mającymi wziąć udział w orszaku weselnym zaczynającym się po zachodzie słońca. Wtedy faktycznie - mogłyby wyjść na drogę, aby z lampami lub pochodniami czekać na nowożeńców. Jednak... w przypowieści nie ma oblubienicy, do której pan młody wychodziłby wraz z tym orszakiem. Przeciwnie, idzie on do panien mądrych i głupich, a nie spotyka je na drodze do innej kobiety. To one jawią się jako oblubienice.
    Czemu zatem nie oczekiwały go, jak było w zwyczaju, w swoim domu rodzinnym, tylko wyszły na drogę? Nie mogły doczekać się spotkania, tak bardzo niecierpliwe, aż skłonne do łamania konwenansów? A może w domu nie było warunków do oczekiwania na pana młodego? Psalm mówi zapomnij o twym ludzie, o domu twego Ojca. Król pragnie twego piękna...  
    Jak literalnie spełniło się to w życiu Edith Stein, kiedy przyjęła Chrzest święty, a jej rodzina - żydowska przecież - odcięła się od niej. Obok tej widocznej na pierwszy rzut oka realizacji Słowa o wyjściu na spotkanie, o pozostawieniu domu ojca i wyjściu na pustynię (o którym pisze Ozeasz), jest jeszcze druga. Panna Stein, doktor filozofii, kobieta opierająca swoje wewnętrzne poszukiwania i sens życia o intelektualne dociekania, wyszła poza to, co przyrodzone, co możliwe do odkrycia naturalnymi władzami rozumu. Ten, jak uczy Kościół, samym rozumem można dojść do istnienia Boga (por. KKK 36 za św. Tomaszem z Akwinu). Jednak poznanie Boga Objawionego, takim jakim On jest, możliwe jest tylko z Jego inicjatywy i wymaga wyjścia ze świata własnych intelektualnych spekulacji. Święta pisała: Boga można poznać tylko, gdy sam się objawi (...). Im wyższe poznanie, tym jest ono ciemniejsze, bardziej tajemnicze i mniej uchwytne w słowa. Wstępowanie ku Bogu jest wstępowaniem w ciemność i milczenie. 
    Myślę o tym skoku od intelektualizmu do poznania na drodze wiary, na który zdecydowała się św. Teresa Benedykta od Krzyża jako znaku dla współczesnych Europejczyków, którym patronuje. Znaku czekania na łaskę i wychodzenia jej na przeciw z otwartością umysłu i ciekawością Innego, Świętego, Boga Prawdy.



niedziela, 11 lipca 2021

Zbrodnia niepamięci

     78 lat temu, 11 lipca 1943 roku, miała miejsce akcja uznana za kulminacyjny moment Rzezi Wołyńskiej. Przemilczane ludobójstwo na Polakach dopiero od kilku lat stopniowo przebija się do świadomości społecznej. Dla mnie od zawsze stanowi część rodzinnej historii, opowiadanej fragmentarycznie, ze straumatyzowanym lękiem, ale też dumą, poczuciem krzywdy i skomplikowaną mieszanką innych uczuć przynależnych ocaleńcom i tym, którzy brali udział w samoobronie przed bandami UPA i OUN-B.

    To, co dzisiaj nazywamy Krwawą Niedzielą (czy szerzej Rzezią Wołyńską) miało zdecydowanie szerszy zasięg terytorialny i czasowy. Incydenty mordów na Polakach przeprowadzanych przez Ukraińców zaczęły się już we wrześniu 1939 roku i trwały właściwie do końca wojny. Eksterminacja planowo zorganizowana, pod dowództwem ukraińskiej partyzantki istotnie najbardziej nasilona była w 1943 roku na Wołyniu, ale zaraz potem pomysł, żeby "oczyścić ziemie ukraińskie z Polaków" rozlał się na inne województwa: Tarnopolskie, Stanisławowskie, Lwowskie. Dzisiaj te zbrodnie giną w cieniu Wołynia.

    Niełatwo pisać mi o historii, którą znam bardziej z rodzinnych przekazów, niż opracowań naukowych. Te drugie niosą suche fakty, opowieści rodzinne niosą emocje i opisy niemożliwe do ujęcia w monografiach historyków. 

    Przedwojenne Kresy, okolice Tarnopola, skąd wywodzi się moja rodzina, stanowiły kocioł kultur i tradycji. Często o przynależności narodowej świadczyła po prostu przynależność do wspólnoty religijnej. Polak chodził do kościoła łacińskiego, Ukrainiec do cerkwi greckiej, Żyd, Ormianin, Rosjanin... itd. Żyli wspólnie, na jednym terenie, po sąsiedzku. Żenili się między sobą, Polak z Ukrainką, potem decydując, gdzie ochrzczą swoje dzieci. Zwyczajna rzeczywistość Kresów. Przenikały się zwyczaje, opowieści, kuchnia... Owszem, dyskutowano zaciekle na tematy polityczne, pojawiały się wątki nacjonalistyczne, czasem mocno antysemickie. Jednak społeczności żyły we względnym pokoju. Wielka polityka to jedno, a miłość do sąsiadki - Ukrainki, to bliska codzienność. Kwestia narodowości była nad wyraz płynna, o czym świadczą dobtnie losy braci Szeptyckich: Andrzeja, arcybiskupa grekokatolickiego, wspierającego UPA i Stanisława, generała polskiego wojska.

    Po wybuchu wojny i zajęciu Krasów przez III Rzeszę krajobraz społeczny zwalił się w gruzy. Początkiem stała się eksterminacja Żydów. Od 1942 roku zaczęła się likwidacja gett, w której Niemcy chętnie wyręczali się ukraińską policją pomocniczą. W dalszym ciągu wojny, wraz ze zbliżaniem się wojsk radzieckich, Ukraińcy dezerterowali z policji okupacyjnej, a wstępowali do UPA lub OUN.

    Od tego był już tylko krok do rezania Lachów. Grupy banderowców, przekonane o konieczności oczyszczenia ziem ukraińskich z ludności polskiej, wykorzystały sytuację, aby w czystki przeciw Żydom wciągnąć swoich sąsiadów. Strategia była bardzo prosta, wystarczyło samo podejrzenie o pomoc udzielaną Żydom przez Polaków (lub nawet prawych Ukraińców), aby z aprobatą okupanta wymordować całą rodzinę.
 

    To opowieść także moich przodków, dziadka po mieczu, który ze szwagrem ratował rodzinę żydowskich aptekarzy, ukrywając ich w swoim domu. Opowieść o tym, że bardziej niż żołnierzy Hitlera obawiano się Ukraińców, którzy mogli ten fakt wykorzystać. Opowieść także o działaniach samoobronnych, podejmowanych w świetle pożogi okolicznych wsi, palnych przez ludzi Szuchewycza. 

    Palone wsie, rodziny mordowane narzędziami gospodarskimi, rozprute brzuchy ciężarnych kobiet - dla mnie to nie obrazki z filmu Smarzowskiego (którego zresztą nie byłam na siłach obejrzeć). To losy mojej rodziny i ich sąsiadów. Babcia do dziś wspomina zmasakrowane ciała płynące w jej rodzinnej wsi rzeką Gniezną. Do dzisiaj drży też, słysząc język ukraiński.

Minęło prawie 80 lat. Po wojnie część mojej rodziny wyjechała na Ziemie Odzyskane, część została. Z rodziną z okolic Tarnopola mamy serdeczne relacje, choć oni mówią po ukraińsku, my po polsku. Kiedy jednak w drodze do domu kuzynki mijam pomnik Bandery, mam ochotę krzyczeć o zbrodni niepamięci, o zdradzie ofiar przez polskie władze i polski episkopat. Zbrodni fałszowania historii przez Ukraińców.

    Nie marzę o wojnie dyplomatycznej z Ukrainą, odcinaniu polskich dotacji i zmianie kursu politycznego wobec Ukrainy. Wciąż uparcie uważam, że dla polskiej racji stanu ważne jest istnienie mocnej, niezależnej, demokratycznej Ukrainy. Jednak niewyjaśniona kwestia ludobójstwa na Polakach, w szczególności brak pochówku ofiar oraz heroizacja Bandery, kładą się cieniem na wspólnocie naszych narodów. 

    Mówi się, że poruszanie kwestii wołyńskiej jest już niepotrzebne, anachroniczne, że może jedynie zaognić nasze stosunki. Co roku wspominamy jednak Powstanie Warszawskie. W całej Polsce wyją syreny dla uczczenia Godziny W. Dla mnie to tak samo odległa historia, jak dla Warszawiaka Krwawe Noce pod Trembowlą albo wołyńska Krwawa Niedziela. Jednak z szacunku dla ofiar i wspólnej historii narodu przystaję na ulicy na dźwięk syren i z wdzięcznością przyjmuję zaangażowanie przedstawicieli władz w uroczystości. My, rodziny Kresowiaków, jesteśmy z naszą historią marginalizowani, a wręcz uciszani. Prezydent ani przedstawiciele Rządu nie pojawiają się na uroczystościach wołyńskich, a gros Polaków nie ma pojęcia o rzezi.

    Mam żal także wobec episkopatu Polski i środowisk kościelnych. Trwa proces beatyfikacyjny abp Szeptyckiego, przy milczeniu naszych biskupów. Głośny sprzeciw wyraża publicznie jedynie ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski. To milczenie to policzek wobec ofiar UPA i OUN oraz ich rodzin.

    Dochodzi jeszcze porażająca ignorancja. W czasie dzisiejszej Mszy świętej usłyszałam wezwanie modlitwy powszechnej odczytane z tzw. segregatora liturgicznego, wyd. Hlondianum:
Za zmarłych, zwłaszcza zamordowanych na Ukrainie w okresie II Wojny Światowej, niech doznają wiecznego pokoju.
Przyznam, że wobec tak rudymentarnego braku wiedzy historycznej, cisnęły mi się na usta wyrażenia wybitnie knajackie.

    Milczeniem spowita jest kwestia rany zadanej Kościołowi. Grekokatoliccy Ukraińcy mordowali Rzymskokatolickich Polaków. To zbrodnia w ramach jednego Ciała, jednego Kościoła. Nigdy nie dokonano za nią wynagrodzenia Bogu, nigdy jej nie rozliczono.

 

    

Warto zapoznać się z inicjatywą https://wolynnapowazki.pl/