sobota, 22 sierpnia 2020

Znajdź różnice

1 Krl 13 Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: «Co ty tu robisz, Eliaszu?» 14 Eliasz zaś odpowiedział: «Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie».

Ez 3, 17 «Synu człowieczy, ustanowiłem cię stróżem nad pokoleniami izraelskimi. Gdy usłyszysz słowo z ust moich, upomnisz ich w moim imieniu. 18 Jeśli powiem bezbożnemu: Z pewnością umrzesz, a ty go nie upomnisz, aby go odwieść od jego bezbożnej drogi i ocalić mu życie, to bezbożny ów umrze z powodu swego grzechu, natomiast Ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego krew.

Mt 14, 3 Herod bowiem kazał pochwycić Jana i związanego wtrącić do więzienia, z powodu Herodiady, żony brata jego, Filipa. 4 Jan bowiem upominał go: «Nie wolno ci jej trzymać». 5 Chętnie też byłby go zgładził, bał się jednak ludu, ponieważ miano go za proroka.



sobota, 15 sierpnia 2020

Wołanie

Tak się złożyło, że w tym roku Uroczystość Wniebowzięcia Maryi wypada w sobotę. A po sobocie jest niedziela. Złożyły się więc "dwie niedziele" w kupie. Co sprytniejsi na gruncie kan. 1248 uznającego uczestnictwo w Mszy św. wieczorem dnia poprzedniego za wypełniające niedzielny obowiązek. Ha! Jakaż oszczędność czasu i drobnych na tacę.

Przypomniało mi się genialna myśl ś+p bpa Wacława Świerzawskiego:
Krew Chrystusa woła głośniej aniżeli krew Abla sprawiedliwego (por. Hbr 12, 24). Ludzie nie przychodziliby do kościoła, gdyby na ołtarzu dokonywałby się tylko symboliczny obrzęd z chlebem i winem. Wiara nasza słyszy wołanie idące w krzyża, bo stamtąd woła do nas ukrzyżowana miłość Chrystusa. Woła głośno i wyraźnie. Dzwony, które wzywają nas w niedzielę na Mszę świętą, przekazują nam przez wieki to wołanie i przypominają, że Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, wylał swoją krew za nas i przez to objawił nam swoją miłość.
Są ludzie, którzy idą na Mszę na głos dzwonu, ale są i tacy, którzy idą na głos "wołania krwi".


niedziela, 9 sierpnia 2020

Błogosławiona przez Krzyż

Dyskretnie spoza niedzielnego świętowania Zmartwychwstania wygląda dzisiaj święto Teresy Benedykty od Krzyża, patronki Europy (i mojej, z bierzmowania ;) ). Chcę napisać o niej parę słów, ale wciąż tylko kasuję kolejne przetwarzane przez klawiaturę znaki. 



Benedykta to postać niezwykle wyrazista, charakterna, a w moim doświadczeniu jedna z tych świętych nie z obrazka, żywych i pełnych kolorytu.

Zwykle mówi się o niej w kontekście jej nawrócenia. Droga od dziecka wychowywanego w praktykującej żydowskiej rodzinie, przez nastolatkę zbuntowaną przeciwko religii, potem młodą intelektualistkę konsekwentnie poszukującą prawdy, aż do decyzji o Chrzcie jest niewątpliwie niezwykła. Tylko to dopiero początek.

To, co mnie w Świętej fascynuje, to jej wewnętrzne dojrzewanie i przemiana już po nawróceniu. Ze wspomnień s. Teresy zawartych w autobiografii "Dzieje pewnej żydowskiej rodziny" wyłania się obraz kobiety stanowczej, wręcz zasadniczej, często tak dumnej, że aż butnej. Cechuje ją ogromny idealizm i pragnienie zachowywania wysokich standardów etycznych. Wymaga konsekwencji i doskonałości we wszystkim - od spraw związanych z prowadzeniem domu po kwestie naukowe. To budziło podziw, ale i dystans, o jakim wspomina Suzanne Batzdorff, jej siostrzenica, w w książce "Ciocia Edyta. Żydowskie dziedzictwo katolickiej świętej". Jednocześnie młoda Edyta to nie tylko twarda intelektualistka. To także krucha kobieta, kryjąca pod płaszczem siły i niezależności skłonności depresyjne i rozdzierającą pustkę, której nie mogły wypełnić efekty intelektualnych dociekań.

Taka Edyta spotkała Chrystusa - a wiadomo, że łaska buduje na naturze. Duch Święty wykorzystał jej otwartość i radykalne poszukiwanie prawdy. Po nawróceniu pisze: "Co nie leżało w moich planach, leżało w planach Boga. I im częściej coś takiego mnie spotyka, tym żywsze jest we mnie przekonanie płynące z wiary, że – gdy się patrzy od strony Boga – nie ma przypadków i że całe moje życie aż do najdrobniejszych szczegółów zostało nakreślone w planach boskiej opatrzności i przed oczyma wszystko widzącego Boga prezentuje się jako doskonałe powiązanie sensu. Wtedy to zaczynam radować się na światło chwały, w którym także mnie ma się kiedyś odsłonić tajemnica tego powiązania sensu." To łaska była w życiu spoiwem, czynnikiem, który harmonizował jej dążenia i nadawał im sens.

Jednocześnie Edyta pozostała sobą. O doświadczeniu mistycznym pisała z wiarą i zachwytem, jednak wciąż językiem intelektualistki - filozofa. W jej pismach ciężko znaleźć emocjonalne opisy i wyznania, znane z dzieł św. Teresy z Lisieux. Zasadniczo nie ma też opisów niezwykłych doświadczeń mistycznych (te kwitowała jednym zdaniem: secretum meum mihi). Między wersami fenomenologicznych opisów przeżyć duchowych wyraźnie widać jej wnętrze - oblubieńczo oddane Bogu, gotowe na trudy i ciemności, z żarliwym pragnieniem kochania.

Niezwykłe jest to, jak święta złagodniała pod wpływem łaski. Z jej listów wysyłanych zza kraty Karmelu nie widać już dawnej ambicjuszki, zamęczającej swoim perfekcjonizmem siebie i innych. Siostra Benedykta owszem, pozostała radykalna i wymagająca, ale swój upór ujarzmiła wiarą w łaskę i działanie Ducha Świętego. Dzięki temu w jej korespondencji coraz wyraźniej widać Jego owoce - autorka ujawnia łagodne, życzliwe oblicze, bez dawnej zaciętości.

Mówi się, że św. Teresa Benedykta od Krzyża jako patronka Europy wskazuje na konieczność pojednania między narodami i religiami. To prawda. Sądzę jednak, że to przede wszystkim patronka poszukiwania Prawdy w świecie ponowoczesnym. Patronka osób gnanych trendem za samorozwojem, a pożeranych przez wewnętrzny głód. Bliska i wspierająca w dążeniu do szczerości wobec siebie i Boga.



I jeszcze parę Jej myśli, na zachętę.


"Oddać się w miłości i stać się całkowicie własnością kogoś innego i zarazem całkowicie go posiadać - oto najgłębsze pragnienie kobiecego serca. W tym streszcza się i zawiera dążenie do tego, co najbardziej osobiste, a obejmujące zarazem całość, rys specyficznie kobiecy. Tam, gdzie takie oddanie dokonuje się w odniesieniu do człowieka, może ono stać się przewrotnością: wydaniem się na łup, zakuciem w kajdany i nie usprawiedliwionym roszczeniem, którego żaden człowiek spełnić nie może. Tylko Bóg może przyjąć takie oddanie i tylko Bóg może dać się w darze tak, że napełni sobą całą ludzką istotę, nie tracąc nic z samego siebie."


"Najbardziej wewnętrzna zasadą formy (Formprinzip) duszy kobiecej jest miłość, tak jak miłość tryskająca z Serca Bożego. Swój zasadniczy kształt dusza kobieca osiąga w najściślejszym zjednoczeniu z Sercem Bożym w życiu eucharystycznym i liturgicznym."


"Ponad drogą poznania filozoficznego jest droga wiary. Daje nam ona zupełnie szczególną bliskość Boga miłującego i miłosiernego oraz obdarza taką pewnością, jakiej nie może udzielić nam żadne poznanie naturalne. Należy jednak pamiętać, że i droga wiary jest drogą ciemną."

niedziela, 2 sierpnia 2020

Nocne zakupy

Niedzielny zestaw czytań mówi o... no właśnie... Izajasz prorokuje o pokarmie dla biedoty: dalejże*, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! (całość Iz 55, 1-3). Paweł pisze, że nawet głód nie może nas odłączyć od miłości Chrystusa (Rz 8, 35-39). Wreszcie w Ewangelii mamy opis rozmnożenia chleba i ryb (Mt 14, 13-21).

Moją uwagę przykuł jeden szczegół. Mateusz pisze, że była pora już późna, dosłownie godzina już przeminęła. Czyli zbliżał się czas wygaszania codziennej aktywności. Wtedy uczniowie wpadli na genialny pomysł: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności. Zanim tłum doszedłby do jakiś osad, z miejsca opisywanego jako pustkowie, musiałoby minąć trochę czasu. Tym bardziej, że tłum był spory. Kilkanaście tysięcy osób nie zaopatrzyłoby się w pokarm w pierwszej napotkanej wiosce.

Równie niedorzeczny pomysł na nocne zakupy pojawia się u Mateusza jeszcze raz, w przypowieści o pannach mądrych i głupich. To właśnie te głupie idą po nocy zakupić oliwy do lamp, przez co mijają się z Oblubieńcem. Co, gdyby zostały? Czy Oblubieniec - Bóg Sam - odrzuciłby je?

Tu jednak mamy tłum, który nie idzie za pomysłem uczniów. Bardziej niż na zaspokojeniu głodu, zależało im na przebywaniu z Jezusem. Swoim zachowaniem pokazywali, że godzą się na głód, na niezaspokojenie podstawowych potrzeb, byle móc słuchać Pana. A może część z nich i tak byłaby głodna, bo skrajne ubóstwo nie pozwalało im nawet na zakup chleba?

Trwanie przy Jezusie zostało nagrodzone. Zostali nasyceni, i to ponad miarę. Ten nadmiar, ułomki, tłumaczy się także jako obfitość, to co zbywa, co przekracza normę - skoro takie były resztki, to jaki musiał być posiłek?

Wytrzymać brak, głód... brak miłych emocji na modlitwie, pozorny brak wiary, brak sensu, brak chęci do życia. Nie wybrać się na nocne zakupy tego, co jest domeną ciemności. Wiem, że czeka na mnie nadobfita Nagroda, Jezus Chrystus.




*sprawdzić, czy Izajasz był z Krakowa ;)

czwartek, 30 lipca 2020

Słuchanie (fałszywych) proroków

W mszalnym cyklu czytań pojawiają się lekcje z proroka Jeremiasza. Od kilku dni chodzi mi po głowie fragment, który nie pojawił się w lekcjonarzu, mówiący o fałszywych prorokach. Dzisiaj podobny temat - fałszywe występowanie w imieniu Boga - podejmuje św. Paweł w tekście z Godziny Czytań (2 Kor 11, 13-15).

I rzekł Pan do mnie: Nie wstawiaj się za pomyślnością tego narodu. Nawet jeśli będą prosić, nie będę słuchał ich wołania, a jeśli będą składać całopalenia i ofiary z pokarmów, nie przyjmę ich, ale raczej wyniszczę ich mieczem, głodem i zarazą. I powiedziałem: Ach, Panie Boże, oto prorocy mówią im: Nie ujrzycie miecza, nie zaznacie głodu, albowiem prawdziwy pokój zapewnię wam na tym miejscu. I rzekł Pan do mnie: Prorocy ci głoszą kłamstwo w moje imię. Nie posłałem ich, nie dawałem poleceń ani nie przemówiłem do nich. Kłamliwe widzenia, zmyślone przepowiednie, urojenia swych serc - oto co wam przepowiadają. Dlatego to mówi Pan o prorokach, którzy - mimo że ich nie posłałem - przepowiadają w imię moje tymi słowami: Miecza i głodu nie będzie w tym kraju. Od miecza i od głodu poginą ci prorocy. Ludzie zaś, którym oni przepowiadają, będą wyrzuceni na ulice Jerozolimy jako ofiary głodu i miecza. Nikt ich nie pochowa, ani ich żon, ani ich synów, ani ich córek, i wyleję na nich ich własną nieprawość. (Jer 14, 11-16)

Ci fałszywi apostołowie to podstępni działacze, udający apostołów Chrystusa. I nic dziwnego. Sam bowiem szatan podaje się za anioła światłości. Nic przeto wielkiego, że i jego słudzy podszywają się pod sprawiedliwość. Ale skończą według swoich uczynków. (2 Kor, 11 13-15)
Dość oczywista wydaje się odpowiedzialność fałszywych proroków za ich samozwańczą działalność. Uderzył mnie jednak gniew Boży wobec ludu, który daje im wiarę. Przecież odrzucenie proroka i jego orędzia było w Starym Testamencie wystąpieniem przeciw Bogu. Jednak lud, w świetle tych słów, miał badać treść proroctw, nie przyjmując ich bezrefleksyjnie. Złudne pocieszenia, głoszenie pomyślności w czasach upadku religijnego, były rażąco niezgodne z ty, jak Bóg w historii traktował swój naród. To powinno skłonić do refleksji i sprzeciwu wobec fałszywych proroków. Trudno jednak zrezygnować w komfortu, z ciepełka optymistycznych zapewnień.

Kościół nigdy nie miał się lepiej, niż dziś! - krzyczał przed paru laty fałszywy prorok. Potem nauczał, że wszystkie religie są tak samo chciane i planowane przez Boga. Że przykazania Boże są niemożliwe do zachowania, a cudzołóstwo czasami może nie być grzechem. Tych, którzy nie chcą słuchać fałszywego apostoła, przywołuje się do "porządku" batogiem (ślepego) posłuszeństwa. Co stanie się z tym, którym Bergoglio głosi zmyślone przepowiadanie?


piątek, 17 lipca 2020

Szabat


 Pewnego razu Jezus przechodził w szabat wśród zbóż. Uczniowie Jego, odczuwając głód, zaczęli zrywać kłosy i jeść. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu: «Oto Twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat». A On im odpowiedział: «Nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy był głodny, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść jemu ani jego towarzyszom, tylko samym kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu».(Mt 12, 1-8)


Lubię atmosferę tego fragmentu. Grupa uczniów idzie z Jezusem przez pola i spontanicznie zaczyna zrywać świeże kłosy, chociaż jest szabat. Musieli czuć się niesamowicie swobodnie przy Mistrzu, skoro zapomnieli nawet od wpajanym od dziecka przykazaniu poszanowaniu szabatu. Wyobrażam sobie ich zasłuchanie w Jezusa, skupienie na Nim, a jednocześnie oderwanie w wolności od wszystkiego, co poza tą wspólnotą. Przecież tylko naprawdę ogromne zaangażowanie może wybić człowieka z głęboko osadzonych w nim rytualnych zachowań - a takim było niewątpliwie zachowywanie przepisów o szabacie.
Idą więc, pośród zbóż, jak tłumaczy Biblia Tysiąclecia. W tekście greckim idą dia ton sporimon, przez pola obsiane. Niby szczegół, ale sporimon pojawiają się w Biblii tylko 4 razy. Trzy u Mateusza i pozostałych synoptyków w tej perykopie, a czwarty w Septuagincie, w Księdze Rodzaju: Rzekł Bóg: Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno (sporimon) po całej ziemi (...) Rdz 1, 29.
Widzimy Jezusa i Jego uczniów, którzy idą, jakby przez ogród rajski, korzystając z władzy nad stworzeniem, powierzonej przez Ojca ludziom.
Jednak jest szabat, a władza nad nim przynależy tylko Bogu. Jezus odwołuje się do kazusu Dawida w Nob i spożywania chlebów pokładnych. Tu odwołam się do fragmentu książki Branta Pitre'a Jezus i żydowskie korzenie Eucharystii (wyd. WAM 2018):
Większość tradycyjnych przekładów Biblii mówi o "chlebach pokładnych". Jednakże oryginalne wyrażenie hebrajskie brzmi lehem ha panim. Tłumaczenie tych słów jako "chleb obecności" również nie jest dokładne. (...) Inni badacze utrzymują, że wyrażenie to należy tłumaczyć tak dosłownie, jak to tylko możliwe. Zauważają, że słowo panim nie oznacza "obecności", ale "twarz" albo "oblicze". A zatem najbardziej dosłowne tłumaczenie musiałoby brzmieć "chleb oblicza". To podejście nie tylko wyjaśnia znaczenie oryginalnego wyrażenia, ale pociąga za sobą olbrzymie konsekwencje. Okazuje się bowiem, że chleby pokładne, czy też chleby obecności, to w istocie "chleby Bożego Oblicza". W tym ujęciu sam chleb staje się niejako widzialnym znakiem Oblicza Boga. (...) Ziemski "chleb Oblicza" był niejako pamiątką niebiańskiej uczty, podczas której Mojżesz i starsi ludu "mogli patrzeć" na Boga Izraela, kiedy "jedli i pili" (por. Wj 24, 9-11). 
Jezus sugeruje, że jest nowym Dawidem - a więc Mesjaszem. Jednak idzie dalej, mówi, że jest Panem szabatu. Ma władzę nie tylko nad kłosami, którą Bóg powierzył ludziom. Ma władzę także nad Bożym szabatem. Jako władca, może oddać człowiekowi wszystko, co pozostaje w Jego gestii, a więc także szabat, także dostęp do chlebów pokładnych i zapowiadanej przez nie wspólnoty człowieka z Bogiem.
Pozostaje jeszcze jakby niepasujące do kontekstu zdanie: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Niedługo nadejdzie prawdziwy Szabat Chrystusa, Jego spoczynek w grobie. To on będzie prawdziwym miłosierdziem dla świata i jedyną prawdziwą, czystą ofiarą życia dla Ojca. Inaczej, niż szabaty i ich ofiary obecne w Starym Przymierzu, nie będzie rytualnym gestem, ale wyrazem żywej miłości. To jest pragnieniem Jezusa. Dzięki tej Ofierze, temu Szabatowi i zapanowaniu nad nim przez zmartwychwstanie, Chrystus przekazuje nam prawdziwy Chleb Oblicza i wciąga w to, co przynależne tylko Bogu, w życie we wspólnocie Trójcy. A to nieskończenie więcej, niż spacer do raju.

czwartek, 16 lipca 2020

Szkaplerzna czy covidowa?

W oczy rzucił mi się dzisiaj obraz weneckiej artystki Marii Terzii "Madonna del Covid".



Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przedstawione na obrazie postaci patrzą na widza z lękiem i niechęcią. Jakby wołały zachowaj dystans społeczny! Czy Bóg-Człowiek, Emmanuel, Bóg z nami i Jego-nasza Matka faktycznie mogliby założyć maseczki chirurgiczne i całą postawą ciała pokazywać, że boją się człowieka? Maryja z obrazu chowa Dziecko w swoim maforionie, ale nie z czułością znaną z ikon, ale z wyraźnym napięciem. Obok szczelnie okrytego suknem Jezusa nie ma już miejsca, kompozycja jest niepokojąco zamknięta.

Pomyślałam o innym obrazie, pochodzącym z kresowej Trembowli, rodzinnego miasteczka moich dziadków, który obecnie znajduje się u karmelitów w Gdańsku. Maryja Szkaplerzna, dziś obchodzimy Jej wspomnienie. 


Lubię ten wizerunek. Matka - Tułaczka, która wraz ze swoim ludem przesiedliła się z Kresów na Ziemie Odzyskane. Zawsze gotowa towarzyszyć dzieciom w ich losie. Na obrazie tuli Jezusa, ale nie ukrywa Go z neurotycznym napięciem. Nie chowa się za maseczką, wręcz przeciwnie - ubiera Wybranych w swój szkaplerz, aby piekielne płomienie nie mogły ich skrzywdzić.

Z modlitwy towarzyszącej nałożeniu szkaplerza:
Ufny w uprzedzającą miłość pochodzącą od tak wielkiej Matki, oddaj się naśladowaniu Maryi i życiu opartemu na głębokiej z Nią łączności. Noś ten symbol jako wyraz pamięci o obecności Maryi, towarzyszącej ci w twoim codziennym staraniu o wewnętrzne przyoblekanie się w Chrystusa i o ukazywanie Go jako żyjącego w tobie (...).

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Nabot i nadstawianie policzka

1 Krl 21, 1- 16; Mt 5, 38-42


Zaskakujący jest dobór dzisiejszych czytań liturgicznych.

W pierwszej lekcji mamy krótką historię Nabota i króla Achaba. Nabot miał pecha - posiadał winnicę graniczącą z pałacem Achaba, który nie należał do ludzi liczących się z Bogiem (ani kimkolwiek innym, poza swoją demoniczną żoną Izebel). Władca w chwilowym kaprysie wpadł na pomysł, aby odkupić od poddanego ten kawałek ziemi. Nie chodziło nawet o samą winnicę, bo tę chciał zniszczyć i przekształcić w ogród warzywny. Ot, zachcianka. Był królem, wolno mu, czyż nie?
Otóż: nie. Tekst podaje krótki sprzeciw Nabota: Niech mnie Pan broni przed tym, bym miał ci oddać dziedzictwo mych przodków (1Krl 21, 3). Nie chodziło o prosty sentymentalizm wobec ojcowizny czy butny sprzeciw wobec króla. Nabot przestrzegał wyrażonego w Lb 36, 7 nakazu utrzymania dziedzictwa swego pokolenia, tak aby nie przeszło we władanie innego. Strzegł więc Prawa Bożego oraz przymierza i to stało się osią konfliktu z bezbożnym Achabem. Konfliktu, który doprowadził do ukamienowania Nabota.

Ewangelia wydaje się mówić coś zupełnie odwrotnego do postawy bogobojnego Izraelity z pierwszego czytania: Nie stawiajcie oporu (gr. antistenai) złemu! Dalej Jezus wygłasza zdanie o nastawianiu drugiego policzka, które w ciągu wieków stało się swoistym batem na katolików, po który chętnie sięgają niewierzący. Ile razy słyszeliśmy, że mamy nadstawiać policzek, kiedy ktoś lży świętości, profanuje świątynię czy wizerunki Maryi? Wreszcie, czy Nabot jest swoistym reliktem Starego Testamentu i zupełnie niepotrzebnie przeciwstawiał się Achabowi?

O policzkowaniu możemy przeczytać w jeszcze jednym miejscu ewangelii. W Janowej relacji z męki znajduje się scena przesłuchania Jezusa przed arcykapłanem. Wtedy jeden ze sług policzkuje Chrystusa, a On wyraźnie się temu przeciwstawia (J 18, 22-23).

Mamy też przykłady, kiedy Słowo Boże wprost pochwala stawianie oporu złemu.
- Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych przeciwników nie będzie mógł się oprzeć (gr. antistenai) ani sprzeciwić (Łk 21, 15)
- Nie mogli jednak sprostać (gr. antistenai) mądrości i Duchowi, z którego natchnienia (Szczepan) przemawiał. (Dz 6, 10)
- Dlatego przywdziejcie pełną zbroję Bożą, abyście się zdołali przeciwstawić (gr. antistenai) w dzień zły i ostać, zwalczywszy wszystko (Ef 6, 13).

Jest jeszcze jeden ciekawy fragment, w księdze Lamentacji Jeremiasz pisze: Bijącemu niech nadstawi policzek, niechaj nasyci się hańbą! (Lm 3, 30). Tylko z całego pasussu wynika, że bijącym jest ...Bóg - a więc chodzi o przyjęcie sprawiedliwej kary, czekając w milczeniu ratunku od Pana.
Słowo Boże nie może być wewnętrznie sprzeczne - jeden fragment wyjaśnia inny, a Stary Testament tłumaczy się i wypełnia w Nowym.
 
Nie wolno, nie godzi się nie przeciwstawić się złu, kiedy godzi ono w Prawa Boże - dlatego Nabot postąpił słusznie. Nie wolno przyjmować niesprawiedliwego zła w milczeniu, jeśli uderza ono w świętość Boga - stąd reakcja Chrystusa Pana. Nie wolno zgodzić się więc na zło, które zabija życie Boże we mnie!

Jeszcze jedno skojarzenie. Izajasz pisze: Winnicą Pana Zastępów jest dom Izraela (Iz 5 7a). To częste biblijny symbol, obecny w Starym i Nowym Testamencie. Nową winnicą Boga jest Jego Kościół. Kiedy bałwochwalczy władca chce zniszczyć winnicę - Kościół - dziedzictwo Boga, należy mu się przeciwstawić, choćby był królem Izraela. Choćby był nawet papieżem.

czwartek, 28 maja 2020

Polacy, nic się nie stało! - zaraza zinternalizowana

Wczoraj miłościwie (a chaotycznie) nam panujący Minister z Podkrążonymi Oczętami zapowiedział, że od najbliższej niedzieli przestają obowiązywać ograniczenia liczbowe uczestników liturgii i nabożeństw. Przestają tylko teoretycznie. Zachowany zostaje obowiązek utrzymania dystansu 2 metrów między poszczególnymi osobami, a więc praktycznie jakiś limit pozostaje. Nałożono również limit uczestników liturgii poza budynkami świątyni - ten wynosi 150 osób. Trudno w tym doszukiwać się jakiejkolwiek logiki, zwłaszcza mając na uwadze istnienie kościołów, w których zmieści się (z zachowaniem dystansu) dużo większa grupa wiernych.

Część wiernych nawet się ucieszyła. Część wręcz przeciwnie, tradycyjnie strasząc już hekatombą staruszek zarażanych bezobjawowo przez tych, którym i tak do kościoła nie po drodze. Zaraz potem zareagował przewodnicząc KEP bp Gądecki, zalecając biskupom cofnięcie dyspensy na uczestnictwo w niedzielnych Eucharystiach. Tu jednak pojawia się problem - i z logiką, i ze zdrowym rozsądkiem, i z dbałością o chwałę Bożą.

Biskup Gądecki sugeruje, aby dyspensę utrzymać wobec osób w podeszłym wieku, z objawami infekcji oraz czujących obawę przed zagrożeniem. Dzisiaj istotnie pojawiły się biskupie dekrety o takiej treści (np. abpa Depo). Rzecz w tym, że osoby chore ("z objawami infekcji") oraz niezdolne do uczestniczenia w Mszy ze względu na wiek nie są zobowiązane do niedzielnej Eucharystii. Nie można udzielić dyspensy, a więc zwolnić od obowiązku, który nie istnieje. Dyskusyjna jest też przesłanka obawy przed zagrożeniem. Jeśli ta obawa ma racjonalne podstawy - dotyczy osoby starszej, chorej, z obciążeniami zdrowotnymi - dyspensa nie jest potrzebna. Jeśli dotyczy osoby młodej i zdrowej, moim zdaniem jest zupełnie bezpodstawna.
O co więc chodzi biskupom? O dobro duchowe wiernych? O dobry PR? O brak zatargów z rządem? Jakoś wątpię, że o rzeczywistą chwałę Bożą.

Tak więc w niedzielę zostaną zniesione ograniczenia. Lokalna Trybuna Ludu Bożego pieje z zachwytu, że nieprzypadkowo ograniczenia zostaną zniesione w Niedzielę Zesłania Ducha Świętego. Cóż, gorzko to brzmi dla tych, którzy jeszcze pamiętają, że ograniczenie uczestników liturgii do 5 osób przypadło na uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Jeśli szukać symbolicznych znaczeń, to właśnie tamto wydarzenie wybrzmiało nader symbolicznie. W dniu, w którym Kościół uwielbia Boga za Jego przyjście w Ciele, wierni zostali odcięci od Ciała Chrystusa i Jego Ofiary. Ale lepiej nie pamiętać, prawda?


Od dawna uważam, że hymnem Polski powinna być stadionowa przyśpiewka Polacy nic się nie stało! Niepamięć, niewyciąganie wniosków ze zdarzeń jest naszą specjalnością. O tym, co działo się przez ostatnie 2,5 miesiąca też już nie chcemy pamiętać. Nic się nie stało! 

Stało się. Tygodniami byliśmy odcięci od sakramentów świętych. Tygodniami biskupi i księża wmawiali nam, że wystarczy obejrzeć Mszę w TV lub necie. (Na marginesie - zmarnowano ogromną szansę do katechezy wprowadzającej w Liturgię Godzin, zamiast tego serwując tani medialny ersatz). To sytuacja bez precedensu w historii. Nigdy nie było takiego czasu, kiedy na całym świecie nie odbywała się liturgia lub odbywała się za zamkniętymi drzwiami. Taki stan nie pozostanie bez konsekwencji duchowych dla milionów wiernych.

Jest jeszcze inny, najważniejszy, aspekt sprawy. Nasza - Kościoła - postawa wobec Boga w trakcie pandemii. Zgodziliśmy się, przede wszystkim biskupi, ale w dalszej kolejności także księża i świeccy, na ograniczenie kultu Bożego. Zgodziliśmy się na oglądanie liturgii zamiast uczestniczenia w niej. Księża zgodzili się na zakazy wyjścia z sakramentami dla chorych. Potulnie przystaliśmy na para-świętowanie Wielkanocy w domach i poluzowanie ograniczeń dzień po Niedzieli Miłosierdzia (czy Gość Niedzielny słyszy?). Trzeba sobie jasno powiedzieć - to jest obraza Boga. Uderzono w to, co stanowi o Jego największej bliskości wobec nas, a Kościół z zapałem temu przyklasnął.

To domaga się wynagrodzenia wobec znieważonego i zranionego Boga. Tylko jak myśleć o ekspiacji, skoro nic się nie stało?

wtorek, 19 maja 2020

Nasi tu byli!

Ciekawa jestem, kogo wskazałby czytelnik, poproszony o wymienienie świętych prawników.
Często pierwszą osobą, która przychodzi na myśl, jest św. Alfons Maria Liguori. Typ o tyle celny, że posiadał on wyższe wykształcenie prawnicze. Jednak prawnikiem zbyt długo nie był. Wstęp do Mszy o tym świętym ujmuje rzecz dość uroczo: W szesnastym roku życia uzyskał doktorat prawa i rozpoczął karierę adwokacką. Zrozumiawszy niebezpieczeństwo tego zawodu, porzucił go i poświęcił się służbie Bożej. Sami widzicie, dość kiepski z niego patron tych, którzy jednak postanowili stawić czoła owym niebezpieczeństwom. 

Typ drugi: św. Rajmund z Penyafort. Studia prawnicze ukończył już jako zakonnik, a konkretnie dominikanin. Swój fach wykorzystywał na dworze papieskim, a także przy porządkowaniu prawodawstwa zakonnego. Znowu jednak pozostaje pewien niedosyt, bo jednak czym innym jest redagowanie tekstów prawnokanonicznych, a czym innym codzienne batalie sądowe.

Prawnicy kręgu anglosaskiego za swojego patrona uważają św. Tomasza More'a, męczennika sumienia z czasów Henryka VIII. 

A my? Nam patronuje, niestety mało znany w Polsce, św. Iwo Helory, którego wspomnienie dziś obchodzimy
. Urodził się w połowie XIII wieku w Bretanii. Pochodzenie z bogatej, szlacheckiej rodziny pozwoliło mu na zdobycie wszechstronnego wykształcenia -studiował sztuki wyzwolone, prawo kanoniczne i teologię w Paryżu, a później prawo cywilne w Orleanie. W międzyczasie zetknął się z duchowością św. Franciszka z Asyżu... i to okazało się równie ważne, jak obfite doświadczenie akademickie.

Jako trzydziestoletni doktor utriusque iuris, a jednocześnie tercjarz franciszkański wrócił do rodzinnego Kermartin. Tam został powołany na stanowisko oficjała w Rennes i zaczął rozsądzać wszystkie sporne sprawy diecezji.

Nie był jednak zwykłym sędzią. Jak głosi inskrypcja z jego nagrobka: Sanctus Ivo erat Brito / Advocatus sed non latro / Res miranda populo. (Pochodził święty Iwo Z bretońskich włości/ Chociaż adwokat, lecz o dziwo! Słynął z uczciwości. - tłumaczenie J. St. Langrod). Tym, co budziło zdziwienie, była jego bezstronność i nieprzekupność. Chętnie podejmował się obrony interesów pokrzywdzonych ubogich, ale pod warunkiem słuszności ich stanowiska. Dodatkowo podejmował działania, które dziś nazwalibyśmy mediacją - dążył do pojednania zwaśnionych stron, dbając przy tym o sprawiedliwość czynionych ustaleń. Całość podlewał solidną dawką modlitwy za strony procesu. Jego biografowie podają, że po przyjęciu święceń kapłańskich, miał w zwyczaju odprawiać Msze święte w intencji tych, którym służył jako prawnik.


Jest jeszcze jeden rys świętego, który niezwykle mnie ujmuje. Iwo odziedziczył pokaźny majątek rodzinny w Kermatin. Posiadał też niemały dochód ze sprawowanej funkcji oficjała. Nie wyzbył się tych dóbr, ale przeznaczył je w całości na pomoc najuboższym. W rodzinnym domu zorganizował przytułek, sam zaś spał w stajni, na sianie. Jednak pod głową miał trzymać kodeks praw (niektóre źródła twierdzą, że Codex Iustinianus). Zachwycające połączenie miłosierdzia, ascezy i prawniczego fachu!

Święty Iwo, módl się za nami, którzy dzielimy z Tobą prawniczy fach! Pamiętaj przed Bogiem o tych, którym służymy!



poniedziałek, 18 maja 2020

Bojaźń Boża vs kult procedur

Obejrzałam wczoraj "Zabawę w chowanego" braci Sekielskich. W pierwszej reakcji ogarnęło mnie współczucie dla ofiar i złość na hierarchów kościelnych. Dominowało jednak coś innego - rodzaj buntu, że przecież mamy procedury, rzeczników pokrzywdzonych, fundacje, cały ten aparat organizacyjny, który miał sprawić, że będzie normalniej. A nie jest.

W dzisiejszych czytaniach (VI niedziela wielkanocna, rok A) dostajemy fragment mowy pożegnalnej Jezusa (J 14, 15-21). Jak fale przypływu powraca w nim myśl: Jeśli mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Podstawowy wraz miłości wobec Boga to zachowywanie przykazań, trwanie w tym, co stanowi zewnętrzny wyraz przymierza. Z tego wypływa bojaźń Boża, święte przejęcie się tym, aby nie stracić jedności z Trójcą.
Parę wersów później Jezus idzie jeszcze dalej. Padają słowa: Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. (J 14, 28 b). Wyrazem miłości jest nie tylko przestrzeganie przykazań, tego, co zostało wprost objawione i nakazane, ale umiejętność wmyślenia się w Boże intencje, wczucia się w to, co On planuje i czego pragnie. To nie jest zadanie dla elitarnego grona mistyków. Jezus mówi o tym wszystkim apostołom (oprócz Judasza, który odszedł już w noc). Tak ma wyglądać życie Kościoła, tak mają funkcjonować jego członkowie, wypełniając przykazania i wsłuchując się w Boże pragnienia.

Obraz tego, jak daleko jesteśmy od zażyłości z Bogiem niesie film Sekielskich. Nie chcę skupić się na samej zbrodni pedofilii - to nie wymaga komentarza, w sposób oczywisty zasługuje na jednoznaczne potępienie i sprawiedliwość dla ofiar. 

W filmie uderzyło mnie coś innego. We wszystkich działaniach podejmowanych przez ludzi Kościoła Bóg zdaje się być Wielkim Nieobecnym. Wszelkie próby naprawienia sytuacji prowadzą do wypracowania kolejnych procedur prawnokanonicznych, które ostatecznie zawodzą. W tle cały czas pulsuje przekonanie, że kolejne zaostrzenie rygorów prawa karnego czy kanonicznego uratuje sytuację, zmieni mentalność hierarchów i przyniesie pokój ofiarom. 

Nie twierdzę, że nie należy tworzyć systemu prawnego, który zapewni sprawny i sprawiedliwy proces. Zbrodniarzy należy karać, a tych, którzy ich chronili, co najmniej pozbawić stanowisk i dobrej sławy. Tyle że od samego początku problem nie leżał w braku możliwości karnej i kanonicznej ukarania pedofilów. Stosowne przepisy istnieją od lat. Tym, co hamowało procesy, jest upór hierarchów, którzy zagubili i przykazania, i miłość do bliźniego, i elementarną bojaźń Boża. Tego nie naprawi żadna szczegółowa procedura, bo - jak pokazuje przykład bpa Janiaka - w ostateczności można jej po prostu nie zastosować. 

Prawo nie jest magicznym narzędziem rozwiązującym wszelkie problemy ludzkości. Mimo to wciąż z uporem chcemy wierzyć, że kolejny system obowiązków, kolejny urząd do spraw przyniesie nam wyzwolenie od wszelkiego zła. Mamimy się toporną nomolatrią, wbrew wszystkiemu przekonując, że tym razem się uda.

W filmie pokazano także drugą stronę tego bałwochwalczego kultu procedur. Mam na myśli przejmującą scenę z siostrą urszulanką, powtarzającą Andrzejku, a co ja mogę? Ja nie mam takiego pozwolenia... Na jakiej podstawie w ogóle...? Wstrząsa kontrast między elementarną miłością bliźniego, którą należało okazać skrzywdzonemu w dzieciństwie mężczyźnie, a postawą kobiety, uformowanej do zachowywania procedur i zachowywania zakonnych praw. Jako głęboko nieludzkie, ale też nie-Boże, postrzegam schowanie się za zasłoną prawa, również tego niepisanego, przez które siostra zakonna nie powinna ingerować w księżowskie sprawy (nawet jeśli oznaczają one zbrodnie popełniane na bezbronnych).
Znajomość środowiska, a jednocześnie bycie poza nim, pozwala mi głośno mówić, co myślę. Z jednej strony jest we mnie współczucie dla tej kobiety. Domyślam się, że stanięcie w kontrze do księdza-pedofila, i wtedy, i teraz, oznaczałoby dla niej duże kłopoty. Księżowski ostracyzm dotknąłby zapewne nie tylko ją osobiście, ale i całą jej wspólnotę zakonną. Całkiem możliwe, że to wzbudziłoby dużą niechęć współsióstr wobec niej. Nie wiem, ile mogłaby stracić: czy tylko święty spokój, czy miejsce w zakonie. Na pewno nie miałaby lekko. Czy jednak sama świadomość, że nie zadziałała bez pozwolenia, jest w stanie zapewnić spokój sumienia? W dzisiejszym drugim czytaniu św. Piotr mówi: Lepiej bowiem - jeśli jest taka wola Boża - cierpieć, czyniąc dobrze, aniżeli źle czyniąc. (1P 3, 17)

Zbawia nas Chrystus, nie prawo. Jeżeli nie zaczniemy Go w Kościele traktować poważnie, z czcią i bojaźnią, wszelkie ludzkie środki prawne i biurokratyczne, będą tylko mamieniem samych siebie.