czwartek, 28 maja 2020

Polacy, nic się nie stało! - zaraza zinternalizowana

Wczoraj miłościwie (a chaotycznie) nam panujący Minister z Podkrążonymi Oczętami zapowiedział, że od najbliższej niedzieli przestają obowiązywać ograniczenia liczbowe uczestników liturgii i nabożeństw. Przestają tylko teoretycznie. Zachowany zostaje obowiązek utrzymania dystansu 2 metrów między poszczególnymi osobami, a więc praktycznie jakiś limit pozostaje. Nałożono również limit uczestników liturgii poza budynkami świątyni - ten wynosi 150 osób. Trudno w tym doszukiwać się jakiejkolwiek logiki, zwłaszcza mając na uwadze istnienie kościołów, w których zmieści się (z zachowaniem dystansu) dużo większa grupa wiernych.

Część wiernych nawet się ucieszyła. Część wręcz przeciwnie, tradycyjnie strasząc już hekatombą staruszek zarażanych bezobjawowo przez tych, którym i tak do kościoła nie po drodze. Zaraz potem zareagował przewodnicząc KEP bp Gądecki, zalecając biskupom cofnięcie dyspensy na uczestnictwo w niedzielnych Eucharystiach. Tu jednak pojawia się problem - i z logiką, i ze zdrowym rozsądkiem, i z dbałością o chwałę Bożą.

Biskup Gądecki sugeruje, aby dyspensę utrzymać wobec osób w podeszłym wieku, z objawami infekcji oraz czujących obawę przed zagrożeniem. Dzisiaj istotnie pojawiły się biskupie dekrety o takiej treści (np. abpa Depo). Rzecz w tym, że osoby chore ("z objawami infekcji") oraz niezdolne do uczestniczenia w Mszy ze względu na wiek nie są zobowiązane do niedzielnej Eucharystii. Nie można udzielić dyspensy, a więc zwolnić od obowiązku, który nie istnieje. Dyskusyjna jest też przesłanka obawy przed zagrożeniem. Jeśli ta obawa ma racjonalne podstawy - dotyczy osoby starszej, chorej, z obciążeniami zdrowotnymi - dyspensa nie jest potrzebna. Jeśli dotyczy osoby młodej i zdrowej, moim zdaniem jest zupełnie bezpodstawna.
O co więc chodzi biskupom? O dobro duchowe wiernych? O dobry PR? O brak zatargów z rządem? Jakoś wątpię, że o rzeczywistą chwałę Bożą.

Tak więc w niedzielę zostaną zniesione ograniczenia. Lokalna Trybuna Ludu Bożego pieje z zachwytu, że nieprzypadkowo ograniczenia zostaną zniesione w Niedzielę Zesłania Ducha Świętego. Cóż, gorzko to brzmi dla tych, którzy jeszcze pamiętają, że ograniczenie uczestników liturgii do 5 osób przypadło na uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Jeśli szukać symbolicznych znaczeń, to właśnie tamto wydarzenie wybrzmiało nader symbolicznie. W dniu, w którym Kościół uwielbia Boga za Jego przyjście w Ciele, wierni zostali odcięci od Ciała Chrystusa i Jego Ofiary. Ale lepiej nie pamiętać, prawda?


Od dawna uważam, że hymnem Polski powinna być stadionowa przyśpiewka Polacy nic się nie stało! Niepamięć, niewyciąganie wniosków ze zdarzeń jest naszą specjalnością. O tym, co działo się przez ostatnie 2,5 miesiąca też już nie chcemy pamiętać. Nic się nie stało! 

Stało się. Tygodniami byliśmy odcięci od sakramentów świętych. Tygodniami biskupi i księża wmawiali nam, że wystarczy obejrzeć Mszę w TV lub necie. (Na marginesie - zmarnowano ogromną szansę do katechezy wprowadzającej w Liturgię Godzin, zamiast tego serwując tani medialny ersatz). To sytuacja bez precedensu w historii. Nigdy nie było takiego czasu, kiedy na całym świecie nie odbywała się liturgia lub odbywała się za zamkniętymi drzwiami. Taki stan nie pozostanie bez konsekwencji duchowych dla milionów wiernych.

Jest jeszcze inny, najważniejszy, aspekt sprawy. Nasza - Kościoła - postawa wobec Boga w trakcie pandemii. Zgodziliśmy się, przede wszystkim biskupi, ale w dalszej kolejności także księża i świeccy, na ograniczenie kultu Bożego. Zgodziliśmy się na oglądanie liturgii zamiast uczestniczenia w niej. Księża zgodzili się na zakazy wyjścia z sakramentami dla chorych. Potulnie przystaliśmy na para-świętowanie Wielkanocy w domach i poluzowanie ograniczeń dzień po Niedzieli Miłosierdzia (czy Gość Niedzielny słyszy?). Trzeba sobie jasno powiedzieć - to jest obraza Boga. Uderzono w to, co stanowi o Jego największej bliskości wobec nas, a Kościół z zapałem temu przyklasnął.

To domaga się wynagrodzenia wobec znieważonego i zranionego Boga. Tylko jak myśleć o ekspiacji, skoro nic się nie stało?

wtorek, 19 maja 2020

Nasi tu byli!

Ciekawa jestem, kogo wskazałby czytelnik, poproszony o wymienienie świętych prawników.
Często pierwszą osobą, która przychodzi na myśl, jest św. Alfons Maria Liguori. Typ o tyle celny, że posiadał on wyższe wykształcenie prawnicze. Jednak prawnikiem zbyt długo nie był. Wstęp do Mszy o tym świętym ujmuje rzecz dość uroczo: W szesnastym roku życia uzyskał doktorat prawa i rozpoczął karierę adwokacką. Zrozumiawszy niebezpieczeństwo tego zawodu, porzucił go i poświęcił się służbie Bożej. Sami widzicie, dość kiepski z niego patron tych, którzy jednak postanowili stawić czoła owym niebezpieczeństwom. 

Typ drugi: św. Rajmund z Penyafort. Studia prawnicze ukończył już jako zakonnik, a konkretnie dominikanin. Swój fach wykorzystywał na dworze papieskim, a także przy porządkowaniu prawodawstwa zakonnego. Znowu jednak pozostaje pewien niedosyt, bo jednak czym innym jest redagowanie tekstów prawnokanonicznych, a czym innym codzienne batalie sądowe.

Prawnicy kręgu anglosaskiego za swojego patrona uważają św. Tomasza More'a, męczennika sumienia z czasów Henryka VIII. 

A my? Nam patronuje, niestety mało znany w Polsce, św. Iwo Helory, którego wspomnienie dziś obchodzimy
. Urodził się w połowie XIII wieku w Bretanii. Pochodzenie z bogatej, szlacheckiej rodziny pozwoliło mu na zdobycie wszechstronnego wykształcenia -studiował sztuki wyzwolone, prawo kanoniczne i teologię w Paryżu, a później prawo cywilne w Orleanie. W międzyczasie zetknął się z duchowością św. Franciszka z Asyżu... i to okazało się równie ważne, jak obfite doświadczenie akademickie.

Jako trzydziestoletni doktor utriusque iuris, a jednocześnie tercjarz franciszkański wrócił do rodzinnego Kermartin. Tam został powołany na stanowisko oficjała w Rennes i zaczął rozsądzać wszystkie sporne sprawy diecezji.

Nie był jednak zwykłym sędzią. Jak głosi inskrypcja z jego nagrobka: Sanctus Ivo erat Brito / Advocatus sed non latro / Res miranda populo. (Pochodził święty Iwo Z bretońskich włości/ Chociaż adwokat, lecz o dziwo! Słynął z uczciwości. - tłumaczenie J. St. Langrod). Tym, co budziło zdziwienie, była jego bezstronność i nieprzekupność. Chętnie podejmował się obrony interesów pokrzywdzonych ubogich, ale pod warunkiem słuszności ich stanowiska. Dodatkowo podejmował działania, które dziś nazwalibyśmy mediacją - dążył do pojednania zwaśnionych stron, dbając przy tym o sprawiedliwość czynionych ustaleń. Całość podlewał solidną dawką modlitwy za strony procesu. Jego biografowie podają, że po przyjęciu święceń kapłańskich, miał w zwyczaju odprawiać Msze święte w intencji tych, którym służył jako prawnik.


Jest jeszcze jeden rys świętego, który niezwykle mnie ujmuje. Iwo odziedziczył pokaźny majątek rodzinny w Kermatin. Posiadał też niemały dochód ze sprawowanej funkcji oficjała. Nie wyzbył się tych dóbr, ale przeznaczył je w całości na pomoc najuboższym. W rodzinnym domu zorganizował przytułek, sam zaś spał w stajni, na sianie. Jednak pod głową miał trzymać kodeks praw (niektóre źródła twierdzą, że Codex Iustinianus). Zachwycające połączenie miłosierdzia, ascezy i prawniczego fachu!

Święty Iwo, módl się za nami, którzy dzielimy z Tobą prawniczy fach! Pamiętaj przed Bogiem o tych, którym służymy!



poniedziałek, 18 maja 2020

Bojaźń Boża vs kult procedur

Obejrzałam wczoraj "Zabawę w chowanego" braci Sekielskich. W pierwszej reakcji ogarnęło mnie współczucie dla ofiar i złość na hierarchów kościelnych. Dominowało jednak coś innego - rodzaj buntu, że przecież mamy procedury, rzeczników pokrzywdzonych, fundacje, cały ten aparat organizacyjny, który miał sprawić, że będzie normalniej. A nie jest.

W dzisiejszych czytaniach (VI niedziela wielkanocna, rok A) dostajemy fragment mowy pożegnalnej Jezusa (J 14, 15-21). Jak fale przypływu powraca w nim myśl: Jeśli mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Podstawowy wraz miłości wobec Boga to zachowywanie przykazań, trwanie w tym, co stanowi zewnętrzny wyraz przymierza. Z tego wypływa bojaźń Boża, święte przejęcie się tym, aby nie stracić jedności z Trójcą.
Parę wersów później Jezus idzie jeszcze dalej. Padają słowa: Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. (J 14, 28 b). Wyrazem miłości jest nie tylko przestrzeganie przykazań, tego, co zostało wprost objawione i nakazane, ale umiejętność wmyślenia się w Boże intencje, wczucia się w to, co On planuje i czego pragnie. To nie jest zadanie dla elitarnego grona mistyków. Jezus mówi o tym wszystkim apostołom (oprócz Judasza, który odszedł już w noc). Tak ma wyglądać życie Kościoła, tak mają funkcjonować jego członkowie, wypełniając przykazania i wsłuchując się w Boże pragnienia.

Obraz tego, jak daleko jesteśmy od zażyłości z Bogiem niesie film Sekielskich. Nie chcę skupić się na samej zbrodni pedofilii - to nie wymaga komentarza, w sposób oczywisty zasługuje na jednoznaczne potępienie i sprawiedliwość dla ofiar. 

W filmie uderzyło mnie coś innego. We wszystkich działaniach podejmowanych przez ludzi Kościoła Bóg zdaje się być Wielkim Nieobecnym. Wszelkie próby naprawienia sytuacji prowadzą do wypracowania kolejnych procedur prawnokanonicznych, które ostatecznie zawodzą. W tle cały czas pulsuje przekonanie, że kolejne zaostrzenie rygorów prawa karnego czy kanonicznego uratuje sytuację, zmieni mentalność hierarchów i przyniesie pokój ofiarom. 

Nie twierdzę, że nie należy tworzyć systemu prawnego, który zapewni sprawny i sprawiedliwy proces. Zbrodniarzy należy karać, a tych, którzy ich chronili, co najmniej pozbawić stanowisk i dobrej sławy. Tyle że od samego początku problem nie leżał w braku możliwości karnej i kanonicznej ukarania pedofilów. Stosowne przepisy istnieją od lat. Tym, co hamowało procesy, jest upór hierarchów, którzy zagubili i przykazania, i miłość do bliźniego, i elementarną bojaźń Boża. Tego nie naprawi żadna szczegółowa procedura, bo - jak pokazuje przykład bpa Janiaka - w ostateczności można jej po prostu nie zastosować. 

Prawo nie jest magicznym narzędziem rozwiązującym wszelkie problemy ludzkości. Mimo to wciąż z uporem chcemy wierzyć, że kolejny system obowiązków, kolejny urząd do spraw przyniesie nam wyzwolenie od wszelkiego zła. Mamimy się toporną nomolatrią, wbrew wszystkiemu przekonując, że tym razem się uda.

W filmie pokazano także drugą stronę tego bałwochwalczego kultu procedur. Mam na myśli przejmującą scenę z siostrą urszulanką, powtarzającą Andrzejku, a co ja mogę? Ja nie mam takiego pozwolenia... Na jakiej podstawie w ogóle...? Wstrząsa kontrast między elementarną miłością bliźniego, którą należało okazać skrzywdzonemu w dzieciństwie mężczyźnie, a postawą kobiety, uformowanej do zachowywania procedur i zachowywania zakonnych praw. Jako głęboko nieludzkie, ale też nie-Boże, postrzegam schowanie się za zasłoną prawa, również tego niepisanego, przez które siostra zakonna nie powinna ingerować w księżowskie sprawy (nawet jeśli oznaczają one zbrodnie popełniane na bezbronnych).
Znajomość środowiska, a jednocześnie bycie poza nim, pozwala mi głośno mówić, co myślę. Z jednej strony jest we mnie współczucie dla tej kobiety. Domyślam się, że stanięcie w kontrze do księdza-pedofila, i wtedy, i teraz, oznaczałoby dla niej duże kłopoty. Księżowski ostracyzm dotknąłby zapewne nie tylko ją osobiście, ale i całą jej wspólnotę zakonną. Całkiem możliwe, że to wzbudziłoby dużą niechęć współsióstr wobec niej. Nie wiem, ile mogłaby stracić: czy tylko święty spokój, czy miejsce w zakonie. Na pewno nie miałaby lekko. Czy jednak sama świadomość, że nie zadziałała bez pozwolenia, jest w stanie zapewnić spokój sumienia? W dzisiejszym drugim czytaniu św. Piotr mówi: Lepiej bowiem - jeśli jest taka wola Boża - cierpieć, czyniąc dobrze, aniżeli źle czyniąc. (1P 3, 17)

Zbawia nas Chrystus, nie prawo. Jeżeli nie zaczniemy Go w Kościele traktować poważnie, z czcią i bojaźnią, wszelkie ludzkie środki prawne i biurokratyczne, będą tylko mamieniem samych siebie.

środa, 6 maja 2020

Kurs tańca dla owiec

Od niedzieli w liturgii Słowa przewija się motyw Dobrego Pasterza i owiec. Przyznam, że nie jest to mój ulubiony obraz biblijny. Nijak nie przemawiają do mnie przesłodzone wizerunki Jezusa z puchatą owieczką na ramionach.
Odstawiłam więc na bok wszelkie sentymentalne skojarzenia i spróbowałam zdrapać warstwę dewocyjnego lukru. Wyniki tych prac odkrywkowych okazały się dla mnie fascynujące.

Ja jestem dobrym pasterzem. Znam owce moje, a moje owce znają Mnie tak, jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. I moje życie oddaję za owce. (...) Ojciec dlatego mnie miłuje, że Ja oddaję moje życie, aby je znowu otrzymać. (J 10, 14-15. 17, Biblia Poznańska). 

W Biblii poznanie kogoś ma głęboki sens osobowy i duchowy. Kiedy Biblia mówi o poznaniu, mówi o istnieniu bliskiej zażyłości, która daje dostęp do tego, co najgłębsze, najbardziej intymne w drugim. Ten sam czasownik oznacza także współżycie seksualne (Maryja przy zwiastowaniu mówi nie znam męża!). W najgłębszym, najprawdziwszym stopniu znają się nawzajem Osoby Trójcy. Jezus mówi Mnie zna Ojciec, a ja znam Ojca i zaraz potem objawia nam, w jaki sposób to poznanie między Nimi się realizuje: oddaję życie, aby je  znowu otrzymać. Orygenes pisząc o Trójcy stwierdził, że między Ojcem i Synem istnieje relacja, którą opisał jako generatio aeterna (odwieczne rodzenie). Bóg Ojciec jest niezależny od czasu, istniejący ponad nim, nieustannie zradza Syna. Nigdy nie było chwili, kiedy Syn by nie istniał, ale wciąż otrzymuje życie od Ojca. Jednocześnie wciąż to życie Ojcu oddaje w Duchu Świętym.
Kościół wschodni, z właściwą sobie delikatnością, opisuje ten stan jako perychorezę - nieustanny taniec Trójcy Najświętszej. Ciągłe przelewanie się życia, ciągłe oddawanie życia temu Drugiemu. Jezus zna Ojca jako Tego, który daje Mu życie i jednocześnie Tego, któremu to życie oddaje.

Dopiero to tłumaczy, co to znaczy, że owce mogą poznać Pasterza. Kiedy poznaję Jezusa Chrystusa, w perspektywie Jego poznania Ojca - doświadczam Go jako tego, który daje mi całe swoje życie. W Jezusie - Dobrym Pasterzu poznaję Boga, który jest na mnie cały otwarty, który daje mi całego Siebie! Nie jestem już kimś obcym, ale jak pisze św. Paweł domownikiem Boga (por. Ef 2, 19). To znaczy, że przez przyjęcie Chrystusa, Jego życia, które daje mi w Komunii, jestem porwana w nieustanny taniec Trójcy, nieustanne obdarowywanie się życiem.
Frapuje tylko jedno... jak dać się poznać Pasterzowi, aż do oddania życia...

poniedziałek, 4 maja 2020

Quis est homo, qui non fleret

Jak informuje serwis Vatican News Wysoki Komitet na rzecz Ludzkiego Braterstwa (bękart deklaracji Abu Zabi) wzywa wyznawców wszystkich religii do modlitwy w dniu 14 maja 2020 roku w intencji ustania epidemii SARS-Cov 2. Nie wiadomo, co na to Bergoglio, ale pewnie jest kontent, skoro pomysł jest promowany na oficjalnej stronie Radia Watykańskiego.

Wyobraźmy sobie Eliasza, który modli się z kapłanami Baala o deszcz. Absurdalne, prawda? Dzisiaj proroka nie ścigałaby zapewne Jizabel, tylko sam Bergoglio i biskupi. Może jeden z jego uczniów, z fałszywą troską poinformowałby KAI lub Deon, że mistrz był męczący dla wspólnoty, miewał depresje, a teraz już całkiem zwariował. Może jakiś tchórzliwy biskup skierowałby do Eliasza dekret zabraniający mu publicznego kultu, argumentując, że rytuał żydowskich ofiar nie zawiera wskazań co do rzezi demonicznych kapłanów. Zapewne pomysłów na zdyskredytowanie proroka byłoby wiele.

Naród Wybrany na przestrzeni historii zbawienia był prowadzony od politeizmu, przez monolatrię aż do objawienia Boga Jedynego. Dzisiaj nie tylko podważa się monoteizm, ale promuje polilatrię i to pod szyldem watykańskim.

Któryż człowiek nie zapłacze... Jak mam nie płakać, kiedy z Kościoła, mojej Dziewiczej Matki, robi się portową dziwkę?

piątek, 24 kwietnia 2020

Bajtel


Liturgia Słowa w Boży sposób znowu dotrzymuje kroku biegowi aktualnych wydarzeń. Zaraza, brak Chleba Eucharystycznego, widmo suszy i braku chleba ziemskiego... Na to wszystko dostajemy cykl czytań z 6 rozdziału Janowej Ewangelii.

Dzisiaj pojawia się rozmnożenie chleba:

Potem Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie.Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. (...) Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? (J 6, 1-2. 8-9)

Mamy wielki tłum idący za Jezusem - chyba głównie z ciekawości cudów, może niektórzy dla własnego interesu. W tłumie nikt nie wziął ze sobą prowiantu. Wszyscy wydają się być tu chwilowo - przecież na dłuższą wyprawę przynajmniej niektórzy zabraliby żywność. W tłumie jeden chłopiec (gr.
paidarion, ks. Wujek: pacholę). Dzieciak, jeszcze przed Bar Micwą, czyli nie miał nawet 12 lat. Tylko on wziął ze sobą jedzenie na drogę. I to nie jedną kanapkę, a pięć chlebów i dwie ryby. Wyobrażam sobie malucha z tobołkiem, poważnie kroczącego za Panem. Myślę, że tylko ten bajtel chciał iść za Jezusem, towarzyszyć Mu i Go słuchać. Nie był tam w poszukiwaniu sensacji, tyko na moment. Z całą dziecięcą powagę dźwigał te pięć chlebów, z uporem chcąc znaleźć się najbliżej Mistrza, na jak najdłużej. Po to wziął zapasy.

Z tego pragnienia małego chłopca Jezus uczynił tworzywo cudu. To jego prowiant został rozmnożony i nakarmił tłum.

Każde szukanie Boga, każde pragnienie Eucharystii i Słowa Bożego - które nie jest chwilowym kaprysem - jest życiodajne dla całego Kościoła.

środa, 15 kwietnia 2020

Tego nie usłyszysz w streamingu Mszy - zaraza trwa

Anioł przemówił do niewiast: (...) Idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. (...) A oto Jezus stanął przed nimi, mówiąc: (...) Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech udadzą się do Galilei, tam Mnie zobaczą. (Mt 28, 1-10 passim).


Dwie drobne różnice. Anioł mówi o Jego uczniach, Jezus o braciach. Anioł wskazuje na miejsce pobytu Pana, On obiecuje spotkanie. Niby nic, szczegóły - a jednak niosą mnie od Wigilii Paschalnej, na której pierwszy raz pojawiła się ta ewangelia.

Nawet anioł, występując z posłannictwa Boga, nie odważa się powiedzieć o apostołach, że są braćmi Pana. Żeby doświadczyć takiej bliskości i wywyższenia, trzeba bezpośrednio spotkać Jezusa. Istnieje taki poziom intymności, który jest możliwy w osobistym kontakcie i nieprzekazywalny, nawet przez anioła z nieba. Być bratem Jezusa, a więc synem w Synu Boga, można jedynie w komunii z Nim, realnej, nie obserwowanej przez szkiełko telewizora czy laptopa.

Piszę o tym, bo usłyszałam zdumiewającą wykładnię aktualnej sytuacji. Jakiś ksiądz tłumaczył w telewizorni, że tzw. uczestniczenie w Mszy poprzez jej oglądanie w mediach, to tak jakby korzystanie z pośrednictwa anioła. Zdumiewające, do jak karkołomnych wybryków intelektualnych można się posunąć, żeby zracjonalizować sobie trudną i krzywdzącą sytuację.

Choćby i anioł objawił mi się na krześle w moim pokoju - dalej będę pragnęła Eucharystii.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Święta Maria od Braku Focha

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta usługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego, drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi stopy, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. (J 12, 1-3)

Dzisiejsza Ewangelia przyniosła mi dużo pokoju, a to towar wysoce deficytowy w czasach zarazy. 

Maria z Betanii to kobieta zafascynowana Jezusem i zakochana w Nim. Tym, co dzisiaj ujmuje mnie w jej postawie jest zgoda na Jego wybory, na działanie Mistrza tak, jak On tego chce, mimo niezrozumienia i bólu.

Najpierw scena śmierci i wskrzeszenia Łazarza. Maria przybiega do Chrystusa z sercem rozdartym żałobą. Mówi to samo, co jej siostra: Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Jednak w tych samych słowach mówi zupełnie co innego, niż Marta. Maria pada Jezusowi do stóp, oddaje Mu cześć należną Bogu i Władcy. Nie nie ma do Niego żalu, nie prowadzi dysputy teologicznej. Nie ma w niej cienia pretensji.

Teraz scena z olejkiem. Zachwycające, jak Duch Święty potrafi - jeśli Mu na to pozwolić - zagrać na kobiecej intuicji, jak na harfie. Maria nie miała pojęcia o nadchodzącej męce, ale w głębi przeczucia wiedziała, że musi namaścić Pana. To wystarczyło do podjęcia szalonego, niezwykle intymnego gestu, jaki byłby zrozumiały może jedynie w kontekście małżeńskiej sypialni. Maria przeczuwała ból już budzący się w Jezusie, jestem o tym przekonana - dlatego chciała mu zaradzić najwyraźniejszym wyznaniem miłości, jakie było jej dostępne.

Myślę o Marii parę dni później, w tamten piątek i sobotę, kiedy zrozumiała, co oznaczało namaściła Mnie na pogrzeb. Nie wiemy, czy Maria z Betanii była pod krzyżem. Jan pisze, że stały tam Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa i Maria Magdalena (J 19, 25). Biorąc pod uwagę brak interpunkcji w tekście oryginalnym, ciężko doliczyć się, ile kobiet znajdowało się na Golgocie. Czy siostrą Maryi była Maria - żona Kleofasa? A może były to trzy osoby: siostra Maryi, żona Kleofasa i jeszcze jakaś Maria, może właśnie ta z Betanii, oddalonej przecież o jedynie 3 km od Jerozolimy? A może nie?

Co jeśli jej wtedy nie było? Najważniejsze wydarzenia z życia Chrystusa (i historii wszechświata) toczyły się tuż obok, bez jej udziału? Myślę o tym w Wielkim Tygodniu, w którym liturgia ma się toczyć bez udziału wiernych... Nie wyciągam z tego żadnej złotej rady, jak przeżyć ten czas. Po prostu modlę się do św. Marii z Betanii i proszę, żebym nie pielęgnowała w sobie focha na brak i uczę się od niej słuchania Ducha Świętego, który potrafi zagrać na naszej wrażliwości.

niedziela, 5 kwietnia 2020

Słodkie cytryny

Znajomy napisał przed chwilą:
Pewnej kobiecie zmarł mąż. Znajoma chcąc ją pocieszyć, podchodzi na cmentarzu po pogrzebie z kondolencjami i pociesza wdowę słowami "Ale nie martw się. Bez niego możesz żyć tak samo pięknie a może i bardziej. To nie musi być jakaś wielka strata a raczej szansa!".
Głupie, nie? 
Tak samo, jak zapewnienia księży i świeckich, że Triduum bez liturgii w kościele może być równie dobre, piękne i dobrze przeżyte. Da się "jakoś" je przeżyć, no i da się wyciągnąć z tego "jakieś" dobro ale Triduum w domu nie zastąpi Triduum w kościele, a bagatelizowanie tego faktu i zaklinanie rzeczywistości, mówiąc obolałym duchowo wiernym, że to nic takiego, się zemści.
Nasz poziom wyparcia zaczyna przekraczać stany, które są dla mnie możliwe do zaakceptowania. Doświadczamy konkretnego braku, którego nie da się nadrobić jakąkolwiek liturgią domową.
Bóg może działać niezależnie od warunków, to prawda. Nie należy dramatyzować, nie jesteśmy w Gułagu - to też prawda.
Ale, cholera jasna - przestańmy powtarzać jak nakręceni, jak to jest fajnie i wyjątkowo.


Ojciec Tomasz Grabowski OP (którego bardzo cenię) powiedział:
Teraz trzeba powiedzieć: „Chcę, żeby święta dokonały się we mnie”. Żeby pojednanie z Bogiem, które normalnie jest dla mnie dostępne przez mszę świętą i przyjęcie komunii świętej, teraz dokonało się bezpośrednio w mojej duszy, pozwolić Panu Bogu, żeby sam zrobił ze mną to, co dzieje się na każdej mszy świętej.

Obawiam się, że tym sposobem jesteśmy o pół kroku od "wolę się modlić w lesie na polanie, bo tam bardziej czuje Boga".

Brak liturgii jest brakiem.


Osioł vs koń

Kilka myśli wokół procesji z palmami (której w tym roku nie będzie) i Mt 21, 1-11

1. Chodzi za mną osioł. Bo niby czemu osioł z Chrystusem na grzbiecie? Standardowe wyjaśnienie mówi, że osioł był zwierzęciem biedoty - tyle, że akurat niekoniecznie, bo posiadanie osła wskazywało na przynależność właściciela co najmniej do klasy średniej.
Więcej, osioł w starożytnym Bliskim Wschodzie bywał zwierzęciem wykorzystywanym w ceremoniale królewskim, czego ślad mamy w 1 Krl 1, 33 (Salomon, siedząc na oślicy Dawida, podążał do Gichon, aby zostać namaszczonym na króla).
Pozostaje też wątek proroctw mesjańskich, w tym cytowanego przez ewangelistę proroctwa Zachariasza.
Z drugiej strony mamy konia i pytanie, które pewnie padnie dzisiaj z wielu ambon - dlaczego Chrystus Pan nie wjechał do Jerozolimy na koniu (i co z tego wynika).
Przede wszystkim koń był zwierzęciem kulturowo obcym żydom. Konie, o ile bywały wykorzystywane militarnie, sprowadzane były z krajów pogańskich, osobliwie z Egiptu ( por. Ez 17, 15). Wsiadanie na konie u Ozeasza (Oz 14, 4) jest symbolem szukania bezpieczeństwa u pogan, czego konsekwencją było przyjmowanie obcych bóstw. Koń jest więc znakiem wojny, ale także zdrady Boga Jedynego i stopniowego popadania w pogańskie obyczaje.
Ostatecznie, w czasach Jezusa, koń jest zwierzęciem wykorzystywanym przez Rzymian, przez okupanta.
Ten, w którym Zły nie ma nic swojego, nie mógł wykorzystać w zbawczym dziele niczego, co jest domeną demonów. Nie piszę już o zwierzęciu, tylko o wszelkich środkach, decyzjach, planach Chrystusa, w których nie ma nic złego, niosącego niepokój czy zmieszanie.

2. Betfage, oślica i źrebię osła
Uroczysty wjazd do Jerozolimy Jezus rozpoczyna we wsi Betfage. Jej nazwę można przetłumaczyć jako dom niedojrzałych fig. Za chwilę wrócę do tego wątku.
Uczniowie, na Jego polecenie mieli przyprowadzić oślicę i jej źrebię. Święty Augustyn widzi w tym symbol ludu Starego Przymierza i rodzący się Kościół pogan. Podobnie św. Jan Chryzostom Tu bowiem przez oślątko wskazuje na kościół i na lud nowy, który niegdyś był nieczystym a potem, gdy Jezus siedział na nim, stał się czystym. Uważ zaś, że obraz wszędzie zachowany. Uczniowie bowiem odwięzują oślicę i oślę. Przez apostołów i tamci i my zostaliśmy powołani, przez apostołów przywiedzeni.
Wkrótce jednak okaże się, że Naród Wybrany nie jest jak posłuszna oślica gotowa usłużyć swojemu Panu. Nie jest nawet jak jeszcze niedojrzała figa. Odrzucając przybywającego Mesjasza lud Boży stał się figą nieurodzajną, przeznaczoną na uschnięcie. Teraz jednak jest jeszcze czas ostatniej szansy, czas decyzji i rozpoznania Zbawiciela.

Ostatecznie nie chodzi o euforyczne wiwaty...

Na koniec św. Ambroży: Ucz się od domowego zwierzęcia dźwigać na sobie Chrystusa Bożego, ponieważ On najpierw nosił ciebie, gdy jako pasterz przywiódł zabłąkaną owieczkę (Łk 15,60). Ucz się chętnie poddawać Jemu grzbiet własnego ducha; ucz się być pod Chrystusem, abyś mógł znaleźć się ponad światem”




czwartek, 26 marca 2020

Via crucis

I Sąd
Z Księgi Rodzaju: Wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło.
Wraz z pierwszym grzechem daliśmy się zwieść, że możemy znać dobro i zło, panując nad nimi i ich konsekwencjami. To miało zapewnić nam stanięcie na równi ze Stwórcą. A przecież On nie tak zna zło, nigdy nie poznał go jako jego autor czy sprawca.
Kiedy poznaliśmy zło, okazało się, że ma ono moc pochłaniać nas coraz bardziej i bardziej. Księga Mądrości Syracha mówi: Kto się dotyka smoły, ten się pobrudzi, a kto z pysznym przestaje - do niego się upodobni. W fascynacji złem pokrywaliśmy się nim jak lepką smołą, która ograniczyła nasze pole widzenia i zdolność trzeźwego odróżniania dobra od zła.
Kiedy więc zstąpiłeś, Jezu, na ziemię, nie mogliśmy znieść Twojej niczym niezmąconej dobroci. W morzu naszego fałszu i zmieszania cnoty z grzechem byłeś zbyt prawdziwy, zbyt czysty by móc Cię przyjąć bez bólu sumienia. Dlatego musieliśmy postawić Cię przed naszym sądem i skazać, na miarę praw ludzi zanurzonych w niegodziwości.
Jezu, patrząc na Ciebie odrzuconego przez lud, prosimy, oczyść nas z fascynacji złem. Daj nam pokornie przyjąć, że jedynie szukając Twojej woli, możemy prawdziwie oceniać siebie i innych.


II Pan Jezus bierze krzyż
Z Listu do Hebrajczyków: «Ofiary ani daru nie chciałeś, ale Mi utworzyłeś ciało; całopalenia i ofiary za grzech nie podobały się Tobie. Wtedy rzekłem: Oto idę aby spełnić wolę Twoją, Boże».
Ile razy mieliśmy ochotę uciec w bunt przeciwko temu, co nas spotyka. Dobrze znamy pokusę, żeby nie mierzyć się z trudnościami, żeby udać, że nie ma grzechu, choroby, problemów w rodzinie czy tych finansowych. Kiedy życie wikła się za bardzo, marzymy, żeby stać się jak małe dziecko, którym ktoś się w pełni zaopiekuje. Albo wręcz przeciwnie: żeby być herosem, który bez potu i łez zmierzy się z każdą przeszkodą.
Ty, Jezu, stałeś się człowiekiem, z tym wszystkim, co przynależy naszej słabej kondycji – z wyjątkiem grzechu. Nawet w tej chwili, kiedy musiałeś podnieść krzyż, wycieńczony wcześniejszym biczowaniem, może już wtedy ledwo stojący na nogach. Przyjąłeś tę słabość jako część człowieczeństwa, które zechciałeś z nami dzielić.
Na każdej Mszy modlimy się razem z kapłanem przygotowującym dary ofiarne: Przez to misterium wody i wina daj nam, Boże, udział w bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo. Nie możemy jednak mieć udziału w Twoim, Jezu, bóstwie, jeśli sami najpierw nie przyjmiemy naszego człowieczeństwa. Dlatego prosimy Cię o łaskę męstwa w akceptowaniu naszych ludzkich słabości i ułomności.


3. Pan Jezus upada po raz pierwszy
Z Księgi Lamentacji: Wszyscy jego ciemięzcy są górą, szczęśliwi są jego wrogowie, albowiem zasmucił go Pan za mnóstwo jego grzechów.
Z perspektywy człowieka leżącego na ziemi wydaje się, że wszyscy nad nim górują, a każda inna pozycja jawi się jako lepsza i bezpieczniejsza. Jeszcze dobrze nie zaczęła się, Panie, Twoja droga kaźni, a Ty już leżysz w prochu. To nie tylko upadek człowieka wycieńczonego biczowaniem - ten upadek niesie ze sobą ciężar naszych grzechów i cierpienia, które przyjąłeś na swoje ramiona. Obrazuje on Twoje uniżenie się, aż do poziomu sługi, aż do dna naszej niedoli, aby wydźwignąć nas do nieba jedności z Tobą.
Tak często jesteśmy, Jezu, targani skrajnościami: od wizji złudnej samowystarczalności po otchłanne samopotępienie. Przez Twój upadek pod krzyżem przywróć nam, Jezu, właściwe spojrzenie na nasze życie.


4. Pan Jezus spotyka swoją Matkę
Z Listu do Efezjan: W Chrystusie Bóg i Ojciec wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem.
Wschodnia liturgia tak opisuje scenę Twojego spotkania z Matką: Jak Owieczka za swym Barankiem prowadzonym na zabicie, razem z innymi niewiastami szła Maria tak wołając: Gdzie podążasz, Dziecię? Czemu tak szybko idziesz? Czyżby nowe wesele odbywało się w Kanie i tam teraz dążysz, aby wodę przemienić im w wino? Nie przechodź milcząc koło mnie, który zachowałeś mnie nieskalaną! Ty bowiem jesteś Synem i Bogiem moim!
Tak, Jezu, spieszyłeś się nie tylko, żeby przemienić wodę w wino, ale żeby odnowić całe stworzenie. Dlatego Duch Święty przyprowadził do Ciebie wtedy Maryję- żebyś mógł zobaczyć pierwszy Owoc Twojej męki: Twoją najczystszą, nieskalaną Matkę. Każdy kolejny krok na Golgotę był realizacją marzenia, które w Niej już się spełniło – żebyśmy wszyscy byli święci i nieskalani przed obliczem Ojca i Twoim.
Jezu, kiedy brakuje mam sił, kiedy gaśnie w nas nadzieja na nawrócenie, posyłaj do nas Twoją Matkę. Ona przypomina nam, że przez Twoją ofiarę możliwy jest w nas rozkwit Twojej świętości i czystości. Ona broni ich w nas.


5. Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi
Z Psalmu 91: Rozkazał swoim aniołom, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach, abyś stopy nie uraził o kamień.
Co czuł Szymon, kiedy niósł z Tobą krzyż? Ewangelista Marek odnotował, że żołnierze przymusili go do pomocy. Czy Cyrenejczyk bał się legionistów? Pewnie tak. Zapewne odczuwał też wstręt – miał zbliżyć się do zakrwawionego Skazańca, który nie dość, że dźwigał narzędzie hańby, to w każdej chwili mógł umrzeć pod jego ciężarem. Za chwilę zaczynały się żydowskie święta, a jemu groziła rytualna nieczystość i pogardliwe spojrzenia sąsiadów.
Co czułeś Ty, Jezu, kiedy przyjmowałeś wymuszoną pomoc Szymona? To on był tym aniołem, posłanym przez Ojca, aby pomóc Ci na drodze krzyża? Porusza mnie Twoja pokora, Panie, kiedy godzisz się na takie wsparcie.
Jezu, udziel mi jej, kiedy nadmierna duma nie pozwala mi prosić o pomoc w trudnościach. Przypomnij mi, że anioł Twojej troski może mieć niepozorną twarz człowieka stojącego obok. 
 

6. Weronika ociera twarz Jezusowi.
Z Psalmu 27: O Tobie mówi moje serce: szukaj Jego oblicza.
To nie było proste – zobaczyć w zakrwawionym, oblepionym prochem Skazańcu człowieka. A co dopiero zobaczyć w Nim Boga! Być może Weronika spotkała Cię już wcześniej, może widziała jakiś cud, może jadła chleb, który rozmnożyłeś. Musiało tak być. Inaczej nie narażałaby się rzymskim żołnierzom dozorującym egzekucję ani nie chciałaby zbliżać się do kogoś, kto był uważany za przeklętego przez Boga i zhańbionego. Weronika musiała poznać Twoją twarz, twoje pełne miłości spojrzenie – dlatego chciała choć na chwilę je odzyskać.
Twoje oblicze w Kościele, Jezu, jest dzisiaj podobnie zabrudzone i oplute jak wtedy, na drodze z krzyżem. Wielu trudno jest dostrzec Twoją Obecność w Kościele targanym skandalami i fałszywą nauką. Pragniemy, Jezu, w duchu św. Weroniki nieustannie szukać Ciebie w Kościele i wskazywać braciom, że pomimo zadawanych mu ran, nie opuszczasz go nigdy. Chcemy też zatroszczyć się o Twoje znieważone oblicze, wynagradzając Ci za wszelkie zgorszenia dokonywane w Kościele. Daj nam Panie ducha prawdziwej skruchy i świętą bojaźń, abyśmy nigdy nie stali się powodem czyjegoś odejścia z Kościoła.

7. Pan Jezus upada po raz drugi.
Z Psalmu 69: Zmęczyłem się krzykiem i ochrypło mi gardło, osłabły moje oczy, gdy czekam na Boga mojego.
Wielu z nas czeka na cudowną interwencję Boga. Modlimy się o zdrowie, o pracę, nawrócenie najbliższych, o rozwiązanie problemów finansowych. Jeździmy na Msze z modlitwą o uzdrowienie, odmawiamy kolejną nowennę... Wreszcie przychodzi zmęczenie wołaniem w niebogłosy. Czekaliśmy, a cud nie przyszedł. Zamiast niego grozi nam upadek zwątpienia i pretensji wobec Ojca z Nieba.
Jak dobrze, Jezu, że Ty znasz ten stan czekania na interwencję Ojca, aż do wyczerpania wszystkich sił. Jak dobrze, że Ty pierwszy doświadczyłeś upadku i wytrwałeś w nim przy Ojcu . Przez Twoją ufność możemy mieć nadzieję, że także my nie ustaniemy na naszej krzyżowej drodze. Podźwignij nas, Panie, abyśmy mogli dźwigać innych!


8. Pan Jezus spotyka płaczące niewiasty.
Z Psalmu 1: On jest jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą, które wydaje owoc w każdym czasie, a liście jego nie więdną; co uczyni, pomyślnie wypada.
Po ludzku trudno wyobrazić sobie gorsze położenie, niż Twoje w tamtej chwili; trudno znaleźć kogoś bardziej godnego opłakania, niż Ty. A jednak widziałeś sprawy inaczej niż jerozolimskie płaczki. One dostrzegały tylko krzyż i Ciebie jak suchą gałąź, właściwie już pozbawioną życia. Były zaślepione, bo wcześniej – jak cały naród – nie chciały zobaczyć w Tobie Boga. Odrzucenie Ciebie sprawiło, że nie widziały już ani własnych grzechów ani grzechów swoich dzieci. Ich wybory spowodowały, że stały się odciętymi latoroślami, przeznaczonymi na spalenie.
Ty zaś, mimo krzyża na ramionach, wciąż byłeś jak drzewo nad płynącą wodą. W każdej sekundzie męki, zjednoczony z Ojcem, nie przestawałeś wydawać życiodajnych owoców.
Jezu, umocnij w nas wiarę, że niezależnie od okoliczności, możemy być szczęśliwi i pełni życia, jeśli tylko razem z Tobą trwamy w Ojcu. A kiedy zrywamy naszą jedność z Tobą, wlewaj w nasze serca niepokój, abyśmy za pomocą fałszywych łez pozbawionych skruchy nie dokonywali banalizacji zła.

9. Pan Jezus upada po raz trzeci
Z Pieśni nad pieśniami: Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach.  Umiłowany mój podobny do gazeli, do młodego jelenia.
Są takie upadki, z których wydaje się, że nie da się już powstać. Ogarnia nas rozpacz – najstraszniejsza pokusa, która jest szczytem koncentracji na sobie, na własnym cierpieniu. W rozpaczy brakuje sił na wszystko, nawet na ratowanie siebie; a każdy ruch staje się bezsensem.
Czy Ty, Jezu, otarłeś się o taki stan, kiedy leżałeś na drodze tuż pod szczytem Golgoty? Żadne cierpienie nie zostało Ci oszczędzone, wierzę więc, że i w takiej ciemności jesteś ze mną. Jednak nie poddałeś się mu. Istnieje jedyne lekarstwo na rozpacz i beznadzieję – wyrwanie się z niej w miłości ku drugiemu. Twoje pragnienie oblubieńczej bliskości z nami pchało Cię aż do końca Twojej krwawej drogi, aż po oddanie życia na krzyżu.
Kiedy brakuje nam sił, oderwij, Jezu, nasz wzrok od nas samych. Stwórz w nas na nowo miłość, która pragnąc Twojej chwały i dobra drugiego człowieka, podrywa nas do biegu ku wyznaczonemu celowi.

10. Odarcie z szat
Z Listu do Hebrajczyków: Nie ma stworzenia, które by dla Niego było niewidzialne; przeciwnie, wszystko odkryte jest i odsłonięte przez oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek.
Każdy grzech rodzi w nas wstyd i potrzebę jego zakrycia. Nie jesteśmy stworzeni do grzechu, więc reagujemy na niego jak Adam chowający się w rajskie zarośla. Każde odsłonięcie grzechu przed Bogiem w spowiedzi jest pewnym obnażeniem wstydu, jest stanięciem w nagiej prawdzie o naszej słabości.
Nie bylibyśmy do tego nigdy zdolni, gdybyś, Jezu, sam pierwszy nie przeszedł tej drogi. Ty, jedyny czysty i bez grzechu, światłem okryty jak płaszczem, razem z naszymi grzechami przyjąłeś na siebie wstyd naszej nagości. Stawiasz się w naszej sytuacji – sytuacji człowieka upadłego i upodlonego haniebnymi wyborami. Jednak, kiedy my w naszym grzesznym obnażeniu uciekamy przed wzrokiem Ojca, Ty jesteś przed Nim cały odsłonięty.
Uwielbiamy Cię, Panie, w tajemnicy odarcia Cię z szat. Prosimy, udziel nam przez nią odwagi do głębokiego odsłaniania naszych grzechów w sakramencie spowiedzi – tym Chrzcie pracowitym, w którym ciągle na nowo ubierasz nas w szatę światłości Twojej łaski. Daj nam także świętą wstydliwość, która jak płaszcz osłoni naszą czystość serca.

11. Ukrzyżowanie
Z Ewangelii św. Łukasza: Lud zaś stał i patrzył.
Wstrząsa mną to zdanie. Stali i gapili się na Ciebie. Pasywnie, może ozięble, bez reakcji na wrzaski Starszych i Arcykapłanów.
Jak wielka jest przepaść między tym, co widział tłum na Golgocie, a co można było dostrzec tylko oczami serca oświeconego światłem Ducha Świętego. Widzieli nagiego, ukrzyżowanego Skazańca – a Ty, w tym upodleniu, oddawałeś się Ojcu. Lud widział fizycznie Twoje odsłonięte Ciało, ale nie zorientował się, że patrzą na obnażone w Synu życie i miłość Trójcy. Ich niewidzące oczy patrzyły na chwilę, w której jako Syn byłeś przyjmowany przez Ojca w Duchu Świętym – ale to pozostało przed nimi zakryte.
My też w czasie każdej Mszy patrzymy na ten moment Twojego, Jezu, oddania. W prostych słowach i gestach konsekracji odsłaniają się przed nami głębiny Trójcy Najświętszej - nawet jeśli zmysłowo tego nie rejestrujemy. Odsłaniasz nam w pełni Ciebie, Ojca i Ducha! To nas uszczęśliwia i usensownia nasze życie, jeśli tylko zapragniemy naprawdę widzieć.
Jezu, prosimy Cię o jasny wzrok, prześwietlony łaską Twojego Ducha, abyśmy umieli rozpoznawać w liturgicznych znakach źródła Twojej miłości. Daj nam także świętą tęsknotę za Komunią, kiedy jednoczysz nas z Tobą i wciągasz w centrum wymiany życia i miłości w Trójcy.

12. Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
Z Księgi Rodzaju: Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mojego ciała.
Święty Jan Chryzostom w jednej ze swoich katechez chrzcielnych zauważył, że jak z boku Adama Bóg stworzył kobietę, tak Ty, Jezu, ze swojego boku dałeś nam krew i wodę, z których utworzyłeś Kościół. Z Twojego snu śmierci rodzimy się na nowo do życia przez wodę Chrztu i Krew Eucharystii!
Nie pozwól, Panie, żebyśmy pozostali jedynie niezaangażowanymi obserwatorami tej sceny! Patrząc na Twoje rozszarpane Serce, chcemy coraz głębiej poznawać Twoją miłość, która wyraża się w pragnieniu zjednoczenia z nami, tak dalece, że bierze na siebie następstwa naszych zbrodni. Aby pozyskać na nowo naszą miłość zgodziłeś się zapłacić najwyższą cenę swojej Krwi! Prawdziwie przez sakramenty stajemy się ciałem z Twojego Ciała, a upodabniając się do Ciebie realizujemy Twoją największą tęsknotę.
Kontemplując tajemnicę Twojej śmierci, Jezu, nie chcemy Cię już o nic prosić. W niej oddałeś nam wszystko – Twoje życie za nasze zbawienie. Chcemy pozostać przy Tobie w zachwycie milczącego uwielbienia.

13. Zdjęcie z krzyża
Z Księgi Judyty: Błogosławiona jesteś córko, przez Boga Najwyższego, spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi, i niech będzie błogosławiony Pan Bóg, stwórca nieba i ziemi, który cię prowadził, abyś odcięła głowę wodza naszych nieprzyjaciół.
Gdy wojska asyryjskiego wodza Holofernesa oblegały Izraelitów, odcinając im dostęp do źródeł wody, w obronie narodu stanęła Judyta. Ta samotna wdowa we wszystkim zaufała Bogu, a On przez nią uratował swój lud.
Patrząc, Jezu, na Twoją Matkę, tak samotną i obolałą pod krzyżem, widzimy w niej Niewiastę nieporównanie mocniejszą od Judyty. W chwili Twojej śmierci wydawało się, że wszelkie Źródła Wody Życia wyschły na zawsze, że zapanował nieskończony mrok. Wschodnia liturgia mówi: Widząc Ciebie krzyżowanym, Chryste, całe stworzenie zadrżało, zatrzęsły się fundamenty ziemi, z bojaźni przed władzą Twoją ukryły się światła i rozdarła się zasłona świątyni, góry zatrzęsły się i kamienie rozpadły,
Pozostała tylko Maryja, przeszyta bólem do głębi serca, ale wciąż groźna jak zbrojne oddziały wobec sił ciemności. Ona jedyna zachowała niewzruszoną wiarę w Ciebie i przechowała ją dla Kościoła, aż do poranka zmartwychwstania.
W chwilach, kiedy ogarniają mnie wątpliwości przeciw wierze, kiedy wszystko zdaje się przeczyć Twojej miłości, Jezu, pragnę ukryć się w ramionach Maryi. Kiedy pokusy oblegają mnie jak nieprzyjacielskie wojsko i wydaje się, że mają moc odciąć mnie od życia danego mi w wodach Chrztu, chcę cały oddać się Twojej Matce, Tej, która zawsze zwycięża Wroga.

14. Złożenie do grobu
Z Psalmu 121: Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem.
Wydawało się, że wszystko skończone. Bóg nie tyle zasnął, co umarł. Jednak Ty nawet w śmierci nie pozostałeś bezradny i nie porzuciłeś swojego zbawczego dzieła. Wschodnia liturgia śpiewa: Kiedy zstąpiłeś do śmierci, życie nieśmiertelne, wtedy otchłań zmartwiała od blasku Twego bóstwa. Kiedy zaś i umarłych podźwignąłeś z głębin otchłani, wszystkie moce niebios wołały: „Dawco życia, Chryste Boże nasz, chwała Tobie!”
Jezu, kiedy nasze życie wydaje się być martwe jeszcze przed śmiercią, kiedy grzechy zamykają nas w sobie jak w grobie, okaż się mocniejszy od śmierci. Zechciej zstąpić w nasze otchłanie ze światłem łaski wzywającej do nawrócenia i porwij nas z Tobą ku prawdziwemu życiu. W tajemnicy Twojego zstąpienia do otchłani oddajemy Ci wszystkich, którzy odeszli z Twojego Kościoła. Rozpal w nich na nowo światło łaski, powierzone nam wszystkich w Chrzcie Świętym.